Mój jest ten kawałek… Amazonii

Myślisz, że twoja sylwestrowa zabawa była wyjątkowa? Może i tak, ale raczej nie przeskoczysz pomysłu Macieja i Anny, którzy na własnym weselu bawili się w… środku dżungli

Z Maciejem Sokołowskim – oławianinem, obecnie z Liverpoolu, ale wkrótce z Peru – rozmawia Jerzy Kamiński

– Podobno książkę o swojej pierwszej wyprawie piszesz na… telefonie?
– Piszesz to za dużo powiedziane. To było parę lat temu podczas pierwszego wyjazdu nad Amazonkę. Byłem akurat w hotelu, gdzie nie mieli klimatyzacji, tylko taki duży wiatrak nad głową, jak czasem widać w filmach. Wyspałem się trochę, a jak się obudziłem, zacząłem pisać na telefonie. Na telefonie, bo nie miałem niczego innego. Na pierwszej wyprawie miałem tylko telefon, aparat, 100 gigabajtów pamięci w kartach i ładowarkę słoneczną.
– Co to miało być? To, co pisałeś.
– Nie wiem. Chciałem to spisać. Po prostu czułem, że chcę. Zapisywałem to, co czuję, co widzę, na bieżąco, całą przygodę z bagażami opisałem, żeby to nie uciekło, bo łapię się na tym, że czasami zapominam o czymś. Jak później czytam, to dochodzi do mnie, że przecież jeszcze coś było. I uzupełniam wspomnienia.
– To ma być książka reporterska?
– Nie wiem. Nie mam pojęcia. To było tylko podczas pierwszej wyprawy. Zacząłem spisywać, potem redagować, ale czasem wena mnie opuszcza, więc na jakiś czas odpuściłem, ale innym razem myślę, że może warto byłoby do tego wrócić.
– No to może opowiedz, jak to było z tymi bagażami, gdy pierwszy raz wylądowałeś w Peru?
– Od razu miałem propozycję od miejscowych, którzy oferowali mi swoje usługi, łącznie z panienkami i narkotykami. Mówię im, że potrzebuję tylko hotelu. Nie ma sprawy, wsiadaj, jedziemy – mówi jeden. Poczekaj, spokojnie, mówię, powiedz mi, jaka cena. Słyszę że 100 dolarów. Mówię więc, że za 100 dolarów to ja będę spał na lotnisku i będę szczęśliwy. Wróciłem na lotnisko, ale ten sam taksówkarz mnie znalazł i mówi, że jednak wystarczy 50. No dobra, dam 50 dolarów, ale pod warunkiem, że mnie zawieziesz do hotelu, opłacisz go z tych pieniędzy, a później zawieziesz z powrotem z hotelu na lotnisko. Dobra, nie ma sprawy. Tak się dogadaliśmy. Po drodze jednak dokładnie przyglądałem się trasie, starałem się ją zapamiętać. Zawieźli mnie do hotelu, który – jak się okazało – wcale nie był daleko. I znów zaczęli liczyć. Przeliczali te dolary na miejscowe sole, a że z matematyki nie byłem nigdy noga, to okazało się, że chcą mnie wydudkać na 10 dolarów. No to się spakowałem i zabrałem swoje dokumenty. Co robisz!? – pytają. Więc mówię im, że tak to sobie mogą oszukiwać Ruskich, Anglików, Amerykanów, kogo chcą, ale nie Polaka. No, ale jak to? – pytają. Dogadaliśmy się na 50 dolarów, mówię. No tak. A teraz wyliczacie na 60 dolarów, więc do widzenia. – Ale jak trafisz z powrotem, pytają. Wyjdę tutaj na światłach w lewo, do ronda itd. Powiedziałem im dokładnie, jak trafię i zadziałało. No to ile dasz? Ja na to: – Tacy jesteście?! No dobra i mówię, że teraz zapłacę 40 dolarów za wszystko. I tak zapłaciłem.
– No dobrze, ale zacznijmy od początku. Po co ci w ogóle ten kawałek Amazonii, bo przecież kupiłeś tam ziemię?

Obszerna rozmowa w całości dostępna w dwóch częściach – do przeczytania już teraz w e-wydaniu – część I tutajhttps://eprasa.pl/news/gazeta-powiatowa-wiadomo%C5%9Bci-o%C5%82awskie/2018-12-27

Część II – tutaj: https://eprasa.pl/news/gazeta-powiatowa-wiadomo%C5%9Bci-o%C5%82awskie/2019-01-03

Koszt (2.90 zł)

Piranie wcale nie są takie niebezpieczne, za to całkiem smaczne Na swoim kawałku Amazonii Przewodnik prosił, żebym popatrzył we wszystkie osiem oczu tarantuli. Ona się ciebie tak strasznie boi, mówił, w tych oczach widać „zostaw mnie” Ten boa drzewny nie jest groźny, jest pięknyZ żoną Anną podczas uroczystości ślubnych u Indian Bora. – Niestety, nikt mi nie zwrócił uwagi, że mam na ręce zegarek – śmieje się Maciej Maciej: – Ślub braliśmy w wiosce Indian Bora. Oczywiście mieliśmy wcześniej normalny cywilny ślub w Europie, ale tam chcieliśmy mieć taki, jak biorą Indianie, zgodnie z ich wierzeniami i tradycją. To nie znaczy, że przyjmujemy ich wiarę. Powiem szczerze, że to, ile ci ludzie pracy włożyli w organizację takiej uroczystości, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. W szałasie przygotowali dla nas specjalną altankę z kwiatów. Piękne, kolorowe, a problem polega na tym, że nie możesz tam zadzwonić do kwiaciarni, aby to wszystko zamówić. Oni wiedzieli o tym ślubie rok wcześniej i musieli się przygotować. Wiedzieć, gdzie które kwiaty zakwitną, gdy my przyjedziemy, i odpowiednio wcześniej je zerwać dla nas. Ile to pracy… Tak u Indian Bora przyrządza się placki z manioku Przed ceremonią ślubną trzeba odpowiednio ozdobić twarz Targ na łódce. Pani podpływa, można coś wybrać, zjeść i w drogęJest parę gatunków lian, których można używać jak butelek z dobrą, czystą wodą. Trzeba tylko wiedzieć, które to są i odpowiednio je naciąć Po prawej przewodnik Macieja z wodzem jednego z plemion, które odwiedzili

Kategoria artykułu: Rozmowy

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.