Orbitowski: – Ludzie z pierdolcem czynią świat lepszym

Przyjechał tu dla Domańskiego. – Nabrałem dużej sympatii do pana Domańskiego, mimo mojego absolutnego sceptycyzmu i ateizmu – mówi Łukasz Orbitowski. – Jestem tu kolejny dzień i zaczynam nasiąkać lokalnym kolorytem. Jeżeli jesteś pisarzem i otrzymujesz faceta, którego nazywają Don Wieko, to chcesz o tym napisać. Z pisarzem Łukaszem Orbitowskim rozmawia Jerzy Kamiński – Czego jeszcze potrzebujesz, aby zacząć ją pisać? – Mam już masę materiałów, a wy macie fantastyczną bibliotekę, gdzie jest bardzo dobre archiwum tematu. Wydarzenia są tam bardzo dobrze udokumentowane, jest masa twoich artykułów. Biblioteka wykonała fantastyczną robotę. Myślałem, że będę musiał przeglądać roczniki „Trybuny Ludu” czy waszej gazety, ale nie, panie bibliotekarki wszystko miały przygotowane. Pracę, jaką miałem wykonać podczas dwóch przyjazdów tutaj, zrobiłem za jednym razem. Cudownie. Jeszcze dokładnie nie wiem, co mam. Najbardziej brakuje mi wglądu w Nowy Otok i w tę zamkniętą kaplicę, gdzie są wota. Dwa razy tam byłem, ale kościół był zamknięty i kaplica oczywiście też, a że jakoś tak wyglądam, że te tatuaże i koszulka z diabełkiem, to obawiam się, że ksiądz w ogóle nie zechce na mnie popatrzeć, ale może jak przeczyta naszą rozmowę, to się zlituje. Przecież ja nie chcę nikogo tą książką skrzywdzić. Przeciwnie. Nabrałem dużej sympatii do pana Domańskiego, mimo mojego absolutnego sceptycyzmu i ateizmu. Po prostu uważam, że ludzie z pierdolcem czynią świat lepszym. Wczoraj na przykład dowiedziałem się, że pielgrzymi wsadzali sobie cegły w kieszenie, żeby było ciężej. To jest coś, co cieszy pisarza. I to, co ty mi dzisiaj puściłeś, czyli nagrania Katarzyny, która mówiła Matką Boską. To jest naprawdę przerażające, ten jej głos. Puściłeś mi to na komputerze, czyli na zimno, a ja jako ateista miałem poczuciem kontaktu z obcością. – To może się nawrócisz?
– Nie, nie, wolałbym tego nie robić ludziom. Wydaje mi się, że jestem dobrym ateistą, a chrześcijaninem fatalnym.
– Skąd w ogóle pomysł, aby wrócić do Domańskiego?
– To jest trochę moja historia, bo mam przyjaciół w Oławie, już prawie ćwierć wieku. Jak byłem w szkole średniej, to mi kolega o tym Domańskim cały czas opowiadał, bo to lokalny fenomen, więc miał się czym się pochwalić. A myśmy wtedy byli metalowcami. I z perspektywy metalowców bycie w mieście cudów… Nic lepszego nie mogło się zdarzyć. Gdy usiadłem i zacząłem myśleć, o czym by tu napisać kolejną książkę, przypomniał mi się Domański. No dobra, ale to jest taki temat, że na pewno wszystko już jest rozegrane. Okazuje się jednak, że nie. Nie ma ani książkowego reportażu, ani porządnego filmu dokumentalnego. Są oczywiście prace lokalnych dziennikarzy, jest parę reportaży w pismach krajowych i to wszystko. Czyli świetna okazja dla pisarza, bo z jednej strony to fantastyczny temat, z którym jestem blisko, bo znam miejsce, Oława nie jest mi obca, a z drugiej strony to nie jest dobrze opracowane. A temat żywy. Nie ma zbyt wielu dobrych książek poświęconych polskiej religijności ludowej. Te, które są, to albo w pełni klerykalne, albo utrzymane w duchu prześmiewczym. A ja nie chcę się ani modlić, ani szydzić. Bo o takich rzeczach trzeba pisać z miłości.
– Ale to, o czym mówisz, idzie w kierunku reportażu…
– Nie, nie, nie… To, ma być powieść, bo ja jestem powieściopisarzem.
– To po co ta cała faktografia, którą zbierasz w Oławie? Te szczególiki?
– Ale po co mam wymyślać, skoro to leży? Jestem facetem wygodnym, który łączy fakty z fikcją, czyli część reporterską miesza z wymysłem. W moim wypadku to działa.
– Czy to będzie jakoś zaznaczone w książce, że jest oparta na faktach?
– Na pewno w sposób wyraźniejszy niż w mojej powieści „Inna dusza”, która była zbudowana na tym samym pomyśle, ale bez wytłumaczenia, więc część ludzi wzięła ją za książkę reporterską. Teraz na pewno trzeba to jakoś wytłumaczyć, że Oława Oławą, Domański Domańskim, ale historia jest wymyślona.
– Padnie nazwa miasta?
– Tak, oczywiście. Tu się będzie działa akcja powieści. Natomiast nie padnie nazwisko Domańskiego, będzie się nazywał inaczej.– To główny bohater?
– Pomysł na książkę jest taki, że… Ja nie rozumiem wiary i pisząc tę książkę chcę ją trochę zrozumieć. W konsekwencji cała opowieść będzie przedstawiona z perspektywy brata wizjonera, co chyba dosyć wyraźnie odróżnia moją fabułę od prawdy, bo jeśli nawet Domański miał brata, to on nie odgrywał żadnej roli w tych wydarzeniach na działce. U mnie będzie mocna postać brata, który jest człowiekiem bardzo konkretnym, wykonującym uczciwy zawód fryzjera, kochającym ziemskie przyjemności. I który będzie jakoś musiał odnieść się do cudu. A to trudna sytuacja. Z jednej strony taki człowiek nie wierzy w to, że Matka Boska pojawia się na działkach, a z drugiej strony kocha brata i czuje się za niego odpowiedzialny. Chroniąc brata musi więc wejść w coś, co nie jest jego przestrzenią. Musi dotknąć tego świata wiary.
– Relacja braci będzie osią powieści?
– Bezbożny brat i brat prorok to jest maszyneria i paliwo, koło zamachowe fabuły. Da się na tym zbudować napięcie. No i będą dziewczęta, będzie dużo dziewcząt…
– Religijnych?
– Niekoniecznie, bo narrator będzie bardzo ziemski.
– Czy oprócz samego Domańskiego i tła związanego z objawieniami pojawią się jacyś inni lokalni bohaterowie?
– Jestem tu już trzeci dzień i zaczynam nasiąkać lokalnym kolorytem. Wiem na przykład kim jest Don Wieko. Jeżeli jesteś pisarzem i otrzymujesz faceta, którego nazywają Don Wieko, to chcesz napisać o tym w książce. Z drugiej strony zakład pogrzebowy o nazwie… „Figiel”. Kocham Polskę, kocham bywać wśród ludzi w różnych miejscach, kocham lokalny koloryt. Żyję tym, oddycham tym, że zakład pogrzebowy ma śmieszną nazwę, że jest jakieś urocze graffiti na murze, że macie tu Rynek, przy którym nie ma gdzie usiąść, że jest ten wieżowiec, z którego ludzie skakali. Takie drobiazgi są materią, z której się tka powieść.
– I po to przyjechałaś z Krakowa do Oławy?
– Za Domańskim przyjechałem, bo jednak muszę zobaczyć pewne rzeczy. Wczoraj nawet podjąłem karkołomną próbę przejścia tej trasy parkiem ze stacji kolejowej na działki. Jak pielgrzymi. Chyba jednak szedłem ze złej strony, bo od działek i nie udało mi się. Wszedłem w takie krzaki, a że miałem krótkie spodenki, a że wcześniej prowadziłem research rozmawiając przy wódeczce z lokalnymi patriotami, więc ta moja droga z działek też prawie była na kolanach, no i musiałem zawrócić.
– Mówisz z entuzjazmem. Widać, że zebrane w Oławie informacje nie ostudziły twojego zapału.
– Nawet rozgrzały i trochę przeraziły, bo mówiąc szczerze tego materiału jest tyle, że już ujawnia się potrzeba jakiejś selekcji, odrzucenia pewnych wątków. I znowu się boję, czy dam radę, czy nie przegram z duchem Kazimierza Domańskiego. Przecież tę książkę jeszcze mogę spieprzyć. Bo na czym polega prawda? Nie polega na tym, żeby opisać wydarzenia tak, jak one były, bo ja nie będę pisał, jak było. Prawda polega na tym, aby uchwycić esencję tego fenomenu. I to się może udać, a najpewniej się nie uda, bo to bardzo trudne. Wyobraź sobie skalę mojego rozczarowania, kiedy dowiedziałem się, że biedna pani Bronisława Domańska od paru dni nie żyje. Liczyłem na rozmowę z nią. A tak to rozpocząłem moją wizytę od zapalenia zniczy na grobie państwa Domańskich.
– Kiedy książka się ukaże?
– Mam podpisaną umowę z Światem Książki, powieść będzie nosiła tytuł „Kult”, ukaże się w 2019 roku. No chyba, że umrę, dostanę zawału albo coś takiego. To ma być książka dla wszystkich. Będzie w dużym stopniu humorystyczna. Albo może inaczej – będzie smutna w swoim rdzeniu, a wesoła w ornamencie.
– A nie boisz się, że autor – zdeklarowany ateista – może niektórych odstraszyć od książki na temat jednak religijny…
– Tutaj nie ma się z czego śmiać, więc nie zamierzam szydzić z niczego. Tak jak nie wierzę, że Matka Boska na chmurce razem ze świętym Józefem i kardynałem Wyszyńskim oraz siostrą Faustyną meldowała się na działkach. Bo Boga nie ma i w związku z tym nie ma Matki Boskiej itd. Ale wiem, że Kazimierz Domański ją widział. On nie był oszustem. Coś tam się zdarzyło. Czy sobie to wkręcił, czy miał halucynacje, czy wierzył tak mocno, że przekonał sam siebie, że to się dzieje. Nie wiem, ale w tym człowieku nie było kłamstwa. Wierzę w jego świadectwa, wierzę, że nie robił tego dla sławy, dla pieniędzy… Kiedy stykasz się z takim ludzkim losem, to musisz o tym pisać z szacunkiem i miłością.
– Chodząc dłuższy czas koło tej historii dowiedziałeś się czegoś nowego o nas?
– Chyba tego, jak bardzo ważne jest dla ludzi poczucie cudowności. W sensie magiczności świata. Że my, mając tę naszą uroczą materialność, nasze samochody, telewizory, to wszystko, jesteśmy skłonni to w jednej chwili skreślić za garść metafizyki. Myślę, że to prostota tych objawień, ich niezdarność, jakaś taka ułomność porwała tych ludzi. Bo to bzdura jest, a jednak porwała.
– A nie zaczynasz żałować, że ta duchowa część świata przechodzi gdzieś koło ciebie?
– Ja tego żałuję, ale z tym nic nie zrobię. Tak jak nie pofrunę. Nie mam genu wiary. To nie jest tak, że mam za sobą jakąś drogę duchową, która zakończyła się ateizmem. Nie, ja zawsze taki byłem, to znaczy gdy dzieckiem będąc chodziłem na religię, to mi się to zawsze wydawało bzdurą. Rozumiem, jak ważna dla ludzi jest religia i wiem, jak trudną i tragiczną sprawą jest konfrontacja z własną społecznością. Bo przecież my umrzemy. Żyjąc krótko i idąc w nicość dobrze jest widzieć jakieś pocieszenie. A religia daje ci sens. Moje życie jest akcydentalne, to znaczy mogłoby go nie być. Jest Orbitowski, nie ma, jeden ciul. A w chrześcijaństwie jestem częścią planu Bożego, jestem niezbywalną częścią Kosmosu. Doskonale rozumiem ludzi, którzy na tym budują swoje życie, bo bycie kimś przypadkowym i kruchym to nic fajnego.
Fot. Agnieszka Herba
35 rocznica objawień minęła 8 czerwca 2018 roku. Przeczytaj niezwykły materiał o objawieniach na oławskich działkach CUD NA DZIAŁKACH.

Komentarzy (4)

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.