Lepiej być trochę głodnym niż obżartym

– Zawsze trzeba być człowiekiem – mówi najstarszy oławski pszczelarz Jan Karaś i trudno się z tym nie zgodzić. Kocha pszczoły, ma 95 lat, doskonałą pamięć i chęć na jeszcze dłuższe życie

– Ile ma pan lat?

– Powiem, kiedy się urodziłem -11 października 1921 roku.

– Został pan nagrodzony za swoją działalność, czyli ma pan jeszcze ule…

– Mam, niewiele, dziewięć uli, bo lata już nie te… W ubiegłym roku miałem 24 pszczele rodziny. Żyję jako wdowiec, żona mi umarła, ale sobie radzę, pomagają mi dzieci. Sam nawet sobie gotuję. Moje ule trzymam u syna, po sąsiedzku, mieszkamy na Zwierzyńcu. Kiedyś miałem 30 uli.

– Dawno?

– Dawno. Jeździłem z nimi w okolice Świętoszowa, na duże wrzosowiska, w opolskie, po wsiach, gdzie się dało – także tam, gdzie siali rzepak. Lipę miałem koło siebie i miałem zawsze dobry miód. Nawet teraz na wiosnę brałem miód i to przeważnie z dzikich lip. Po 9 litrów z ula wziąłem. Teraz u mnie miód pszczoły wezmą w jeden dzień, na drugi dzień zawiadamiam swoich pszczelarzy i to oni zabierają miód.

– Jak długo prowadzi pan pasiekę?

– Pasiekę prowadzę od 50 lat. Dobre, obfite plony miałem.

– Ma pan spore doświadczenie.

– Miałem dziadka pszczelarza. Ale przyszła wojna, tam stał front i ta pasieka została zniszczona. To było we wsi Olszyny, powiat Gorlice. Ule nie były wówczas z desek, tylko takie grube kloce, wyrąbane siekierą, bardzo prymitywnie. Ramek nie było, pszczoły same lepiły plastry. Pszczoły były prawie tak na dziko, ale wtenczas jeszcze żadnych oprysków nie było, wszystkie gorczyce, wszystkie kwiaty kwitły i były bardzo bogate zbiory. Dziadek miał w miód w takich drzewianych, dużych beczkach. Jedna beka miała 300 kilogramów. Ojciec też miał pasiekę.

– Jest pan z rodziny o pszczelarskich tradycjach.

– Tak. Byłem na robotach przymusowych w Niemczech, pracowałem w gospodarstwie i – co jest niespotykane – byłem tam uważany. Rodzice mnie wszystkiego nauczyli – „czego się Jaś nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał”.

– Po zakończeniu II wojny światowej przyjechał pan do Oławy?

– Najpierw pojechałem do domu, bo tato umarł i mama sama została. Przed wojną były cztery krowy, para koni, chlew, mieszkałem w kurnej chacie. Wie pani, co to kurna chata?

– Wiem.

– Było bardzo prymitywnie, ale zdrowo. Dziadek żył 99 i pół roku.

– O, to pan jest z długowiecznej rodziny!

– Tak. Wie pani co, trzeba troszkę ze wszystkim uważać i warto coś wiedzieć, jak się odżywiać. Lepiej troszkę głodnym być jak obżartym. Tak jest zdrowiej.

– A jaki pan miód lubi najbardziej?

– Wszystkie jadam. Czasem wezmę plastra i pyłku sobie trochę powydłubuję. Naprawdę, nie mogę narzekać na zdrowie.

– Kiedy był najlepszy czas dla pana pasieki?

– Pamiętam, jak wyjeżdżałem na wrzosy w zielonogórskie. Stały tam jeszcze wojska radzieckie. Trzy razy na wrzosach brałem miód, Niemcy przyszli, wszystek miód kupili, jedną kankę wziąłem do domu, aby rodzinę obdzielić. Ja pochodzę z rodziny, gdzie nas było 11 osób. W domu naprawdę żyliśmy jak na tamte czasy bogato. Muszę tak szczerze powiedzieć, że wtedy zdrowo się żyło.

– Czy to, jak teraz żyjemy, cała ta chemia szkodzi pszczołom i… ludziom?

– To wszystko szkodzi. To, co szkodzi najmniej, to najwięcej o tym mówią.

– Pszczoły są słabsze?

– Teraz bez leczenia już pszczół nie będzie. Trzeba je odymiać. Jak zaczęli wymianę pszczelich matek z innych krajów, w związku z tym dostała się tutaj choroba – warroza. Pasożyty wysysają pszczołom krew, bez leczenia żyją rok, pasożyty objadają im skrzydełka. Bez odymiania nie przeżyją.

– A kiedyś żyły?

– Dopóki tego nie było, roje bardzo silnie się rozwijały, a pszczoły przynosiły bardzo dużo miodu.

– Pana syn kontynuuje pszczelarskie tradycje rodziny?

– Ma tyle uli, co ja. Kiedyś też miał więcej. Syn na emeryturze, ja też. 45 lat pracowałem w zakładach papierniczych.

– Po pracy wracał pan do uli…

– Tak. I do żony. Miałem bardzo dobrą żonę, to był wielki dar Boga. Nie żyje już 3 lata.

– Czy powinniśmy się bać pszczół?

– Nie powinniśmy się bać, ale do pszczół ubrać się odpowiednio i ich nie lekceważyć. Różnie to z nimi jest. Ja zawsze mam ubezpieczone pszczoły od użądlenia. Najbardziej niewytrzymałe na jad pszczeli są konie. Koń może nawet paść. Gdy zacząłem robić przy pszczołach, to bardzo puchłem. Później się przyzwyczaiłem. Na koniec pani powiem – zawsze trzeba być człowiekiem…

(Pan Jan recytuje wiersze, których uczył się w szkole podstawowej z elementarza i zachęca do nauki, czytania i zdrowego życia).

Rozmawiała Monika Gałuszka-Sucharska

archiwum-49

Kategoria artykułu: Rozmowy

Tagi: , , , , , , , , ,

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.