Robię wszystko, by nikt nie zabił w nich poczucia piękna

Z Małgorzatą Wolską, polonistką w Liceum Ogólnokształcącym im. Jana III Sobieskiego w Oławie, rozmawia Jerzy Kamiński

– Ty jesteś taka trochę wariatka. Wiesz o tym?

– No tak, w którymś momencie usłyszałam, że tak się nie zachowuje najstarszy pedagog w szkole. Podczas premiery spektaklu do wierszy Jonasza Kofty nawet potańczyłam trochę na finałowej piosence, za co dostałam… burzę oklasków.

– Podobno krzyczysz na uczniów podczas prób, machasz rękoma?

– Zdarza się, że mówię im czasem: „Bo jak cię palnę, to zobaczysz”, ale tylko wtedy, gdy kolejny raz nie nauczą się tekstu. Jakoś trzeba ich motywować.

– Ale masz poczucie tego swojego szaleństwa?

– Tak, mam takie poczucie. Nałogowo potrzebuję szkoły, potrzebuję uczniów, pracy z nimi. Mogłabym już być na emeryturze, ale nie jestem.

– A nie boisz się, że krzywdzisz te dzieci, ucząc je liryki, wzruszeń, delikatności, szacunku do słowa. To nie są najcenniejsze wartości w świecie, gdzie liczy się szukanie swojego targetu, wartość ma ilość znajomych na Naszej-Klasie, a wszystko kończy się na szybkiej konsumpcji.

– Od jakiegoś czasu zauważam, że oni sami tego potrzebują. Gdy po paru latach spotykamy się w gronie tych, z którymi robiłam coś poza zajęciami dydaktycznymi, mamy o czym rozmawiać. Wspominają i chyba uczciwie dziękują, że dowiedzieli się więcej, że dotknęli czegoś więcej niż tylko samą naukę. Są nawet tacy, którzy mówią, żebym jeszcze popracowała, by uczyć także ich dzieci. Z tego, co wiem, większość kontynuuje to, co tutaj zaczęli. W klubach, teatrach. Są wypełnieni robieniem czegoś jeszcze, czegoś więcej. Chyba nie mogę zrobić im krzywdy tym, że przez moment poczują się aktorami, kimś więcej niż tylko uczniami. To przekonanie, że mogą więcej, jest im potrzebne. Dwie dziewczyny – Marysia Worek i Ewelina Bator – już teraz, w szkole, jeżdżą na warsztaty teatralne. Nasi absolwenci podobnie. Piotrek Zubowski zagrał w Antygonie przygotowanej przez Roberta Gonerę, a Rafał Zdrenka – w „Pływaniu synchronicznym” u Tadeusza Szymkowa.

– „Skaziłaś” ich poczuciem piękna, dotknęli sacrum sceny, a potem muszą jakoś z tym żyć. I nic w ich życiu nie będzie już takie jak wcześniej.

– Robię wszystko, by nikt nie zabił w nich tego poczucia piękna. Dzięki temu może kiedyś będą dinozaurami poezji i kupią ostatnie książki Kofty czy Osieckiej, bo z czymś dobrym będą im się kojarzyły. Daję im szansę poznania, czym jest poezja. Traktuję współczesne wiersze nie jako dodatek do literatury staropolskiej, do tego, co obowiązkowe, lecz jako wyraz epoki, w której żyją. Przy tym nie robię nic, by negowali wszystko inne, co ich otacza, w tym także głupawe seriale czy prymitywną muzykę. Niech znają wszystko i wybierają. Wcześniej, gdy pracowałam w Gimnazjum nr 2, takie teatralne rzeczy nie przechodziły, nie było zainteresowania…

– Robisz to wszystko za te same małe pieniądze, która dostają inni nauczyciele i narzekają, że nie mają czasu, bo muszą dorabiać…

– Robiąc przedstawienia, realizuję się. Wiem, to brzmi banalnie. Zawsze chciałam być polonistką, nie myślałam o aktorstwie. Być może jednak w moim młodym wieku ktoś zaszczepił mi potrzebę obcowania z teatrem, z mówieniem, z aktorstwem. To mogła być Janina Kordys, która prowadziła zajęcia teatralne w oławskim Powiatowym Domu Kultury. To były czasy głębokiej komuny, robiliśmy montaże poetycko-muzyczne na potrzeby różnych świąt. Były jednak światła, była scena, była kurtyna. Właśnie wtedy zrozumiałam, że Broniewski to nie jakiś komunistyczny rewolucyjny poeta, tylko raczej tragiczny. Odegrałam wtedy do tekstu Broniewskiego taką scenkę na ławeczce, z Mietkiem Niestrzębą. Ach, jak ta Janina Kordys nas ćwiczyła! Ale było warto. Pierwszy raz zetknęłam się z mikrofonem, raz w tygodniu przyjeżdżał do nas „prawdziwy aktor” z Teatru Polskiego we Wrocławiu.

– A dziś sama przygotowujesz castingi na szkolne spektakle…

– Zwykle mam wielu chętnych, młodzi ludzie chcą pracować. Od 3-4 lat jest bardzo duże zainteresowanie szkolnym teatrem, szkolnym spektaklem. Faktycznie czasem trzeba robić coś w rodzaju castingów, ale zwykle mało kto odpada. Staram się „zagospodarować” wszystkich.

– Czego szukają?

– A gdzie oni mają się pokazać? Może nie wszyscy są wybitni w swojej dziedzinie, np. w grze na instrumencie, ale w skali naszego liceum osiągnęli jakiś poziom, wybijają się, coś potrafią. Zresztą nie tylko oni do mnie przychodzą. Sama też wyłapuję zdolnych. Ostatnio w telewizyjnej relacji spod Pomnika Losów Ojczyzny zobaczyłam naszą uczennicę, jak pięknie grała na flecie. Wyłuskaliśmy ją i już na drugi dzień wystąpiła w naszym spektaklu.

– Znamy się od lat. Ty jesteś cały czas w akcji, wciąż nie zwalniasz rytmu, często w nerwach.

– Widocznie na starość ADHD mi się pogłębia. Po prostu staram się coś robić, dać coś z siebie… Nie potrafię usiedzieć spokojnie.

– Kobieto! Ale ty od dwóch lat powinnaś być na emeryturze!

– Nie powinnam, tylko mogłabym być na emeryturze. Jednak nie jestem, na szczęście.

– Ile dajesz sobie życia, gdy zabraknie ci szkoły?

– Mój syn, który oczywiście ogląda wszystkie spektakle – choć tylko na CD, bo mieszka we Wrocławiu – mówi, że ja mam w szkole dożywocie.

– Potrafiłabyś żyć bez młodzieży?

– Nie. Staram się być ciągle przydatna, choć wiem, że kiedyś taki moment przyjdzie i będę musiała odejść ze szkoły.

– Sama?

– Jestem z tym pogodzona, mam świadomość, że mogę uczyć do końca… do kiedy się „nadam”, a dyrekcja i rodzice nie powiedzą: Pani już dziękujemy. Po prostu jest jak jest i na razie tematu mojego odejścia w ogóle nie ma. Nie kalkuluję, że jeszcze rok, dwa i odejdę. Dopóki widzę na lekcjach otwarte buzie uczniów, dopóki słyszę brawa po spektaklu, dopóki mam zdrowie i siły, chcę to robić.

– A potem uniwersytet trzeciego wieku? Tam nadal będziesz mogła poszaleć.

– Niewykluczone, że właśnie tam się odnajdę. Na pewno nie będę siedziała bez ruchu. Żadne robótki ręczne, czy schabowe, bo to są ostatnie rzeczy, o jakich marzę.

– Ale zdajesz sobie sprawę, że bywasz wkurzająca dla innych nauczycieli, bo pokazujesz, że nawet za te małe pieniądze można? Nawet w niedoinwestowanej szkole…

– To nie jest jakaś chęć pokazywania innym, że można. Po prostu chcę obcować z młodymi ludźmi. Jeśli innym brak takiej potrzeby, to ich problem.

– Ponoć usłyszałaś kiedyś za plecami: „Ciekawe, kiedy ona uczy?”. No właśnie, kiedy?

– Na lekcjach, normalnie. Oczywiście bywa, że tuż przed premierą trzeba uczniów zwolnić z tego czy owego, co zwykle spotyka się ze zrozumieniem, ale generalnie staram się, by wszystkie próby odbywały się poza lekcjami. Nie mam poczucia, że krzywdzę uczniów. Mam nadzieję, że oni też nie mają takiego poczucia. Jeszcze nikt nie oblał pisemnej matury z języka polskiego.

– Teraz był Kofta, wcześniej Osiecka. Co dalej?

– Nie wiem. Kofta, Osiecka… Człowiek się starzeje, wracam do swojej młodości. Gdy robiłam spektakl z tekstami Osieckiej, byłam potwornie zmęczona. Powiedziałam nawet, że to już koniec, że już niczego nie ruszę. Po premierze jednak, gdy wychodziliśmy z auli, usłyszałem od Piotra Wróbla, że teraz pewnie wezmę się za Koftę. I jakoś tak wyszło, że wzięłam się.

– No i osiągnęłaś sukces. Po premierze wszyscy chłopcy wyli w toalecie „Pamiętajcie o ogrodach…”.

– Staram się. A reakcja uczniów cieszy. I jak ja mam się z tej szkoły wynieść?

– Ktoś cię wyniesie?

– Owszem. Są tacy, którzy klepną po plecach i w razie czego powiedzą: „Gocha, już dość”. I uważam ich za prawdziwych przyjaciół.

Kategoria artykułu: Rozmowy

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.