Była chłopczycą, jest społecznicą

Z oławianką Elżbietą Wojdyłą, wyróżnioną w dolnośląskim konkursie „Niezwykła Polka 2009” – rozmawia Wioletta Kamińska

Oława
Rozmowa

– Do konkursu zgłoszono 49 kobiet z Dolnego Śląska. Jesteś jedną z czterech wyróżnionych. Jakie to uczucie?

– Jestem z tego bardzo dumna. Dziękuję paniom, które mnie zgłosiły. To niezwykłe wyróżnienie, zwłaszcza że poparte tak wspaniałymi i ciepłymi opiniami. Dziękuję, ale nie uważam się za niezwykłą. Jestem normalną kobietą, może trochę szaloną, ale poza tym całkiem zwyczajną.

– Od kilku lat twoje działania są skierowane głównie do kobiet. To one, ich problemy i potrzeby, stały się dla ciebie punktem odniesienia. Dlaczego właśnie kobiety?

– Po pierwsze dlatego, że w Oławie dotychczas nie było takiego miejsca, które skupiałoby kobiety i pomagało pokonywać ich problemy. Po drugie, w każdej rodzinie to kobieta jest najważniejsza. Rodzi, wychowuje dzieci, dba o dom i najbliższych, tworząc rodzinną atmosferę. Kiedy jej braknie, wszystko zaczyna szwankować. Kobiety powinny to wiedzieć i dbać o siebie, a my chcemy im to uświadomić i umożliwić.

– Nie zawsze kobiety były dla ciebie najważniejsze. Dzieciństwo i lata szkolne spędziłaś wśród chłopców…

– To prawda, ale nie miałam na to zbyt dużego wpływu. Na podwórku, przy którym mieszkałam, byłam jedyną dziewczyną. Wokół mieszkało 13 chłopców. Byłam więc typową chłopczycą.  Zawsze chodziłam w spodniach i grałam w piłkę nożną – najczęściej stałam na bramce. To była moja ulubiona zabawka, nie miałam lalek i tak naprawdę nigdy nie chciałam mieć. Piłka! To było coś. Mogłam ją wziąć na podwórko, pochwalić się kolegom. Wspominam te czasy z sentymentem. Pierwszy raz założyłam spódnicę w pierwszej klasie liceum ogólnokształcącego. Była częścią obowiązkowego mundurka szkolnego. Do dzisiaj pamiętam towarzyszące temu uczucie skrępowania i zawstydzenia. To było straszne, zwłaszcza że na drugim końcu ławki siedział Jarek, obecnie mój mąż.                    

– Od tamtej chwili wpadliście sobie w oko?

– Nie. Zawsze dobrze bawiliśmy się na szkolnych imprezach, ale parą zostaliśmy dopiero po szkole.

– Zawsze byłaś społecznicą?

– Lubiłam angażować się w życie podwórka, szkoły. Pracowałam w szkolnym sklepiku, działałam w organizacji harcerskiej. Ale największą przyjemność sprawiał mi czas spędzany w sali gimnastycznej, należałam do kilku sekcji sportowych. Grałam w reprezentacji szkoły w piłkę ręczną i w nogę. Tak mnie to absorbowało, że opuściłam się w nauce, ale do równowagi szybko przywróciła mnie pani profesor Irena Nosek. Do dziś pamiętam napis na drzwiach sali gimnastycznej „Nowacka – wstęp wzbroniony!”. Wisiał tam do czasu, aż poprawiłam oceny. Zajęcia sportowe zawsze były moim konikiem. Dwa razy próbowałam dostać się na Akademię Wychowania Fizycznego. Niestety, nie udało mi się i czasem żałuję, ale widocznie tak miało być. Wierzę w przeznaczenie. Zostałam przedszkolanką, urodziłam cudowną córeczkę i pomagałam mężowi w prowadzeniu firmy.  

– Aż trudno uwierzyć, że człowiek z takimi pokładami energii siedział cicho, spokojnie w domu przez 15 lat. Co takiego zdarzyło się w 2006, że wyszłaś z ukrycia?

– To nie do końca tak. Jak już mówiłam, zawsze fascynował mnie sport i chciałam coś robić w tym kierunku. W czasie ciąży przytyłam 30 kilogramów. W końcu doszło do tego, że ważyłam ponad sto. Gdy córeczka skończyła cztery lata, postanowiłam ostro wziąć się za siebie. Zaczęłam jeździć na wczasy odchudzające. Rygor jak w wojsku. Pozamykane bramy, niesamowity wycisk i dyscyplina, zwłaszcza żywieniowa. Taki obóz trwał dwa tygodnie. Aby wyjść poza bramę, trzeba było poprosić o przepustkę, ale wcześniej dobrze to uzasadnić. Aż trudno uwierzyć, że człowiek dobrowolnie tak się poddał, ale mnie bardzo zależało. Po jednym z takich turnusów stwierdziłam, że ja też chcę pomagać kobietom w odchudzaniu. Zaliczyłam kurs instruktora aerobiku i zaczęłam prowadzić zajęcia, najczęściej w szkolnych salach gimnastycznych. W 2006 postanowiłam stworzyć Centrum Odnowy Biologicznej dla kobiet. Kilka tygodni później zdiagnozowano u mnie raka piersi… 

– Wielu w tej sytuacji by się załamało. Ty potraktowałaś raka jak grypę. Skąd takie podejście?

– Nigdy się nad sobą nie rozczulałam. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że czegoś nie skończę. Miałam cel, wspierali mnie najbliżsi. Nie miałam czasu chorować. Nie można się poddawać. Chciałabym, aby inne kobiety miały tę świadomość. Nie zawsze jest dobrze. W moim życiu co jakiś czas dochodzi do sytuacji kryzysowych, choćby latem tego roku, gdy powódź zniszczyła centrum i trzeba było wszystko remontować od nowa. Było ciężko, ale się udało i znów możemy normalnie funkcjonować.

– Wraz z powołaniem Centrum zaczęłaś się bardzo angażować społecznie. Organizujesz koncerty, akcje promujące zdrowie, bezinteresownie pomagasz biednym, chorym, potrzebującym.
Skąd w tobie tyle serca?

– Nie wiem. Moja mama była społecznicą, może mam to po niej. Naprawdę nie wiem. Nie zastanawiam się nad tym, jak trzeba pomóc – pomagam i już nie myślę, dlaczego. Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych.

– Nie boisz się, że ten twój entuzjazm kiedyś minie, że się wypalisz?

– Nie. To niemożliwe. W mojej głowie prawie codziennie rodzi się jakiś nowy pomysł i zaraz zastanawiam się, jak to można zrobić. Nigdy nie zastanawiam się nad przeszkodami, zawsze widzę tylko plusy i bardzo się denerwuję, kiedy mąż Jarek, który jest realistą, uświadamia mi, jakie wiążą się z tym przeszkody. Najczęściej staram się udowodnić mu, że nie ma racji, ale mówiąc szczerze, gdyby nie on, nie wiem jak skończyłyby się te moje zapędy…            

– Twoje działania na rzecz lokalnej społeczności są dostrzegane coraz częściej przez różne instytucje i ludzi. Otrzymałaś tytuł „Mikroprzedsiębiorcy roku 2008”, nagrodę „Koguta” od Oławskiej Telewizji Kablowej, w ubiegłym roku pierwszy raz zgłoszono cię do „Akcji Akacja”, a w tym roku otrzymałaś wyróżnienie. Złośliwi mówią, że niedługo otworzą lodówkę i wyskoczy z niej Ela Wojdyła. Czy to cię nie zniechęca?

– Jeszcze parę lat temu bym się tym przejęła. Nigdy nie lubiłam, gdy ktoś o mnie mówił, a jeżeli już, to chciałam, aby to było coś pozytywnego. Teraz nie zwracam na to uwagi. Robię to, co lubię, co sprawia mi przyjemność, a jeżeli przy okazji mogę pomóc, sprawia mi to podwójną radość.

– O czym marzysz?

– Chciałabym wybudować ośrodek dla amazonek, ale taki pełny, z bazą noclegową, restauracją. Tam kobiety mogłyby spędzić parę dni, odpocząć, zrelaksować się, przejść zabiegi rehabilitacyjne, posłuchać dobrych rad i poczuć, że są wspaniałe, potrzebne sobie i najbliższym. Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować ten pomysł.

– A jest coś, czego żałujesz?

– Chyba nie (długie milczenie). Czasem mam żal do siebie, że poddałam się i jeszcze raz nie spróbowałam dostać się na AWF. Chciałabym też, aby w naszym mieście było więcej ludzi, którzy chcieliby się angażować społecznie. Jeżeli nie mają odwagi wyjść z inicjatywą, zapraszam ich do siebie. Zawsze co dwie głowy to nie jedna. Wspólnie możemy zrobić coś, aby Oława nie była tylko sypialnią Wrocławia.

Kategoria artykułu: Rozmowy

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.