Ulepieni z innej gliny

O tym, jak portrety oławskich Ormian znalazły się na wystawie w Domu Spotkań z Historią w Warszawie, o sile rodzinnych tradycji i wrażeniach ze spotkania z emigrantami z Armenii – opowiada Zbigniew Kordys w rozmowie z Xawerym Piśniakiem

Oława/Warszawa
Ormianie

– W Warszawie otwarto wystawę poświęconą polskim Ormianom, jej częścią jest cykl 70 portretów pańskiego autorstwa. Proszę opowiedzieć szerzej o tej ekspozycji.

– Projekt jest autorstwa Moniki Agopsowicz z Fundacji Kultury i Dziedzictwa Ormian Polskich. Pokazuje on losy zarówno starej emigracji ormiańskiej, od XIII wieku, jak i nowej – Ormian, którzy przyjechali do Polski niedawno. Finałem tej opowieści jest ich współczesny portret. Zdjęcia 70 osób w bardzo różnym wieku. Tworzą one mozaikę, o rozmiarach 4 na 4 metry.

– Jaki był klucz do znalezienia bohaterów, kogo można określić dziś w Polsce Ormianinem?

– To pytanie trzeba zadać każdej z tych osób ze starej emigracji, czy się czują Ormianami, czy nie? Dla mnie argumentem, żeby zaangażować się w taki projekt, jest to, że chcemy pielęgnować naszą przeszłość, tradycje…

– Mówi pan „chcemy”.

– Ja nie czuję się Ormianinem, w moich żyłach płynie bardzo mało krwi ormiańskiej. Jesteśmy Polakami, wychowaliśmy się tu, ale nasi dziadkowie mieli trochę inną kulturę i obyczaje niż polscy sąsiedzi. Z tego względu czujemy się trochę inni, ale to nie oznacza, że odpowiemy twierdząco – „tak, jesteśmy Ormianami”. Pewnie większość ludzi młodych, pozujących do tych zdjęć, odpowiedziałaby tak jak ja. Zresztą spotkałem się z taką sytuacją, że przychodzili rodzice, dziadkowie, a młodzi nie chcieli wziąć udziału w projekcie.

– Ilu oławian pan sfotografował? Jak przyjęli zaproszenie?

– W projekcie wzięło udział 18 oławian, myślę że zrobili to świadomie i z przyjemnością. Identyfikują się ze swoją ormiańskością i chcą to pokazać.

– Czy dla pana udział w tym przedsięwzięciu był jednak czymś w rodzaju odkrywania własnych korzeni?

– Nie, świadomość z jakiej rodziny pochodzę, mam od zawsze, to był temat często poruszany w domu przez babcię, ciocię i tatę. Zaangażowałem się teraz, bo chyba dojrzałem do tego, żeby oprócz mojej pracy zawodowej zająć się czymś jeszcze. Zawsze marzyłem o tym, żeby moje fotografowanie przydało się nie tylko do robienia pieniędzy. To był bardzo dobry krok, bardzo świadomy, staram się to konsekwentnie kontynuować, biorąc udział w projektach organizowanych przez fundacje ormiańskie.

– Jaka była koncepcja portretów, które pan wykonywał? Miał pan wolną rękę, czy organizatorzy narzucili pewne ramy?

– Sama idea, żeby sfotografować Ormian, wyszła od fundacji, ale myślałem już o tym od jakiegoś czasu. Chciałem jeździć po Polsce i fotografować ludzi, których znam, z którymi jestem spokrewniony, w konwencji klasycznej czarno-białej fotografii srebrowej, bez specjalnych aranżacji i przygotowań. Najważniejsze jest ich spojrzenie, twarz, emocje które płyną z fotografii. Myślę, ze w zdecydowanej większości wypadków ten przekaz jest bardzo pozytywny. Moi modele patrzą bardzo ciepło, otwarcie, można z tego wyciągnąć taki wniosek, że dobrze im z ich ormiańskością.

– Jakie miał pan wrażenia ze spotkań z tymi osobami?

– Najsilniejsze związane są z osobami narodowości ormiańskiej, które przyjechały do Polski całkiem niedawno. To są ludzie ulepieni z innej gliny. Inaczej nawiązują pierwszy kontakt, inaczej ściskają dłoń, inaczej patrzą do kamery obiektywu… Robiłem pierwsze zdjęcie i najczęściej było udane. Ci ludzie patrzą z taką otwartością, ciepłem, zaufaniem i oddają w ten sposób bardzo dużo dobrej energii.

– Jakimi środkami posługują się fotografowie przy wykonywaniu portretu zdjęciowego? Malarzowi jest chyba o wiele łatwiej wydobyć charakterystyczne cechy modela?

– Fotograf portrecista ma dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że będzie bacznym obserwatorem, po prostu zarejestruje rzecz dziejącą się na jego oczach. Druga j – że sprowokuje pewną sytuację i potem ją zarejestruje, dokonując świadomej kreacji. Portretując Ormian, starałem się postawić na spontaniczność i naturalność, co było również wymuszone czasem, jaki mogłem poświęcić każdej fotografowanej osobie.

– Pańskie zdjęcia zostały pokazane na Dniach Ormiańskich w Warszawie, 17 i 18 października. Jakie echa dotarły do pana ze stolicy?

– Wystawa spotkała się z bardzo pozytywnym przyjęciem, co nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo tam wiele osób włożyło w nią bardzo dużo pracy, więc trudno, żeby taka impreza się nie udała. Słyszałem, że ludzie, którzy występowali na moich zdjęciach, fotografowali się na tle tej instalacji, więc chyba świadczy to o pozytywnym odbiorze. Te zdjęcia były zresztą wizytówką Dni Ormiańskich, pokazywano je w prasie i telewizji.

– Czy jest szansa, aby obejrzeć pańskie portrety w Oławie?

– Do końca listopada wystawa będzie pokazywana w Warszawie, a potem zacznie wędrować po Polsce. Są prowadzone rozmowy, aby trafiła również do Oławy. Bardzo istotną sprawą jest aranżacja przestrzeni. Warto wspomnieć, że od strony aranżacyjnej zajęło się tym małżeństwo Kłaputów, ci ludzie zaprojektowali Muzeum Powstania Warszawskiego. Mamy tu więc do czynienia z określoną, przemyślaną formą. To nie są plansze na podstawkach, czy przywieszone do ściany. Tutaj tworzy się jakąś historię, wchodzi się w osobno zaaranżowaną przestrzeń. Nie wiem, jak organizatorzy wyobrażają sobie zaaranżowanie tej przestrzeni w innych miastach w Polsce, bo została ona stworzona specjalnie pod kubaturę Domu Spotkań z Historią w Warszawie.

Kategoria artykułu: Rozmowy

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.