Na papieskim szlaku w Apeninach

O górze Jana Pawła II, namiotowym mieście w okolicach L’Aquili i życiu w ciągłej niepewności przed trzęsieniem ziemi – opowiada Małgorzata Jaremczuk-Gólska, w rozmowie z Xawerym Piśniakiem

San Pietro/Oława
 
– Włochy to pani ulubiony cel wakacyjny?

– Zjeździłam mnóstwo krajów, ale we Włoszech – poza sporadycznymi wypadami do Wenecji czy Rzymu – nie byłam. Impulsem do spędzenia tam tegorocznych wakacji był telewizyjny program z Vito Casettim. Z jego książką o Toskanii w ręku zaplanowaliśmy naszą wakacyjną trasę. Zaczęła się cudownie, od jeziora Como na granicy włosko-szwajcarskiej. To bardzo atrakcyjne miejsce wypoczynkowe: plaże, żaglówki, windsurferzy – a w tle przepiękne Alpy z lodowcami…

– Jak dowiedziała się pani o górze Jana Pawła II?

– Potem przez Mediolan, Florencję, całą Toskanię trafiliśmy do naszych znajomych, mieszkających w okolicach Rzymu. Pokazywali nam okolice. Apeniny zrobiły na mnie wyjątkowe wrażenie – to góry niepodobne do tych, które oglądałam do tej pory. Bardzo „ugrzecznione”, całe zielone. Kiedy wjeżdżało się pomiędzy góry, otaczała nas bezkresna zieleń, niska trawa, a w głębi pojawiały się pojedyncze bardzo wysokie szczyty. Podczas jednej z takich wycieczek powiedzieli nam o miejscowości San Pietro della Jenca, gdzie znajduje się szlak papieża Wojtyły i góra Jana Pawła II. Przygotowuję się starannie do moich podróży. Czytam informacje w internecie, na forach dyskusyjnych, ale o takim szczycie nigdy nie słyszałam. Gdyby nie dokładny opis naszych znajomych, to przypuszczam, że byśmy tam nie trafili. Żadnych drogowskazów, zjeżdżało się z drogi głównej w drogę szutrową, która prowadziła do dolinki z kapliczką. Włosi opowiadają, że papież ukochał to miejsce i gdy był młodszy, wybierał się stamtąd wysoko w góry.

– A pani zdobyła ten szczyt?

– Temperatura dochodziła do 42 stopni Celsjusza, więc zrezygnowaliśmy z tego. Zwiedziliśmy tylko kaplicę, w której Jan Paweł II odprawiał nabożeństwa, widzieliśmy pamiątki z nim związane, zdjęcia, obrazy, grafiki…

– Często spotyka się tam polskich turystów?

– To bardzo mało znane miejsce. W pamiątkowej księdze trafiliśmy na wpisy w wielu językach i chyba tylko jeden polski. Teraz jest tam już wpis turystów z Oławy. Miejscowi też wspominali, że Polaków tam prawie nie widują. 18 maja 2005, w 85. rocznicę urodzin papieża, zaplanowano uroczystość nadania imienia górze i szlakowi. Niestety, odbyła się już bez niego…

– W kwietniu tego roku te okolice nawiedziło potężne trzęsienie ziemi…

– Tak, nasi znajomi mieszkają w okolicy 10 kilometrów od L’Aquili, miasta, gdzie znajdowało się epicentrum. Na przywitanie pokazali nam, że zawsze pod ręką mają dwie torby z najpotrzebniejszymi rzeczami i dokumentami. W momencie, gdyby znowu się zatrzęsło, zabierają te rzeczy i uciekają z domu. Przed spaniem poinstruowali nas, abyśmy koło łóżka trzymali kluczyki do samochodu i dokumenty. Powiedzieli nam, że drzwi na dole są otwarte i w razie czego mamy natychmiast opuścić dom. Tam każdy dzień zaczyna się od tego, że mieszkańcy sprawdzają w internecie poziom wstrząsów, bo ziemia drży tam cały czas, tylko że w granicach 2-2,5 stopnia w skali Richtera. Powyżej trzech stopni czuje się tak, jak gdyby przejeżdżał samochód ciężarowy, w okolicach czterech stopni czuje się trzęsienie ziemi wyraźnie. W kwietniu było to 6,7 stopnia w skali Richtera. 30 tysięcy ludzi żyło w tzw. tendopoli, miasteczkach namiotowych. Widzieliśmy takie obozowisko. Ofiary trzęsienia ziemi mieszkały tam z całym dobytkiem. Byli pod opieką – bardzo dużo wojska, policji, punkty Czerwonego Krzyża – ale musieli znosić trudy mieszkania pod namiotami od kwietnia. Mogli tam zostać tylko do września, bo w październiku temperatura jest już zbyt niska. Tymczasem przygotowanie mieszkań zastępczych dla wszystkich nie było możliwe. W kwietniowym trzęsieniu ziemi zginęło od 1000 do 1500 osób. Po tym nieszczęściu było wiele przypadków samobójstw, mieszkańcy nie wytrzymywali stresu, związanego z utratą domów i najbliższych. To wszystko kazało nam zastanowić się nad tym, jakim szczęściem jest to, że mieszkamy w kraju nienarażonym na trzęsienia ziemi, tsunami czy inne kataklizmy. Tylko jakoś nie potrafimy się z tego cieszyć…

Xawery Piśniak
[email protected]

Fot.: archiwum Małgorzaty Jaremczuk-Gólskiej

Kategoria artykułu: Rozmowy

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.