Lekarz czy szarlatan?

Było dokładnie tak, jak mówiły jego pacjentki. Wziął mnie na plecy, potrząsnął, chwycił za ręce, przekręcił szyję, a potem kazał przyjść ponownie za tydzień

Leczenie niekonwencjonalne

Jest czwartkowy wieczór, 16 lipca. Przed budynkiem w okolicach Kauflanda gromadzi się grupka kobiet. Czekają na Jerzego Dzwonika, “lekarza medycyny naturalnej”. – Z początku w to wszystko nie wierzyłam – wyznaje pani Bożena. – Musiały minąć trzy miesiące, żeby coś się zmieniło. Miałam okropną migrenę, wiedziałam, kiedy się zbliża, to było tak, jakby pociąg nadjeżdżał. Któregoś dnia po wizycie u doktora słyszałam dźwięk, ale pociągu już nie było.
– Wierzyć nie wierzyć, pochodzić można – wzdycha pani Irena. Też na początku wątpiła, ale kiedy po ciężkiej chorobie doktor Dzwonik pomógł jej, żeby znowu zaczęła chodzić, wątpliwości zniknęły.
Pan Mieczysław z podoławskiej wsi miał zwyrodnienie stawu biodrowego. Groziła mu operacja. Od kilku lat leczy się tutaj, z jego biodrem jest o wiele lepiej.
Pacjenci opowiadają, że Dzwonik wyleczył kobietę z mięśniakiem wielkości pięści, także alkoholika, który nie pije już 12 lat, stawiał diagnozy potwierdzane potem w badaniach laboratoryjnych…
Po dziesięciu minutach pojawia się wysoki mężczyzna z wąsem i skórzaną torbą w ręku. Wita się z uśmiechem ze swoimi pacjentami, żartują. Wizyty u Dzwonika trwają bardzo krótko. Co robi pan doktor? – Opuka, każe się położyć, ugniecie niektóre miejsca na plecach i już – relacjonuje pani Irena. -. Ale trzeba chodzić regularnie.Pani Bożena korzysta z jego opieki już dwunasty rok. – A najlepiej, jakby pan się sam przekonał – dodaje trzecia pacjentka.
Czekam cierpliwie, aż Dzwonik “załatwi” chorych. W ciągu 40 minut zgłosiło się ponad 20 osób. Wizyta kosztuje 20 zł. Dzieci i młodzież uczącą się przyjmuje za darmo.
Wreszcie staję przed nim. Łapie mnie za ręce i pyta, czy czuję ciepło? Każe mi odwrócić się tyłem, bierze na plecy i podrzuca. Przekręca głowę w lewo i prawo. Każe podnieść ręce. Pyta, czy bolą mnie nogi i czy mam zgagę. – Czasami… – odpowiadam. – To trzeba dużo pepsi pić, wtedy przejdzie…
*
Jerzy Dzwonik opowiada tak barwne historie, że trudno w nie uwierzyć. Miał ochraniać watykańskich kardynałów, zgłębiać tajniki tybetańskiej medycyny, a w Nowym Jorku awansować w jeden dzień z noszowego na chirurga.
*
– Pacjenci mówią, że bardzo pan im pomógł…
– Ja po prostu mam takie osiągi, że kiedy medycyna jest bezradna, u mnie ludzie zdrowieją…
– O jakich osiągach pan mówi?
– Leczę padaczki, porażenia mózgowe dzieci, różnego rodzaju nowotwory. Wybudziłem ze śpiączki córkę Ewy Błaszczyk w szpitalu w Międzylesiu pod Warszawą, ale później mnie odsunęli. Ordynator oświadczył, że on tu jest szefem i nie pozwala na ingerencje osób obcych.
– Ma pan przygotowanie medyczne?
– W 1974 ukończyłem Wojskową Akademię Medyczną w Łodzi, specjalizacja chirurgia. Pracowałem jako chirurg w Bydgoszczy i w Poznaniu.
 – Co się stało, że porzucił pan tak prestiżowy zawód i zajął się medycyną niekonwencjonalną?
– Po prostu na pewnych etapach medycyna tradycyjna nie zdaje egzaminu.
– W jakich okolicznościach zetknął się pan z alternatywnymi metodami leczenia?
 – To było tak, że naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego jeździli na pustynię Gobi i tam odkrywali kości dinozaurów. Trzeba było zapewnić im ochronę i pomoc medyczną. A ja, jako że byłem medykiem i komandosem…
– Pan był komandosem?
– Tak, ale to było ściśle tajne. No więc, mając takie przygotowanie, załapałem się z nimi do Mongolii. Zresztą jak prof. Kosiba prowadził badania na Spitsbergenie, to tam też parę razy się zahaczyłem. Ponieważ jednak gaża za pracę na pustyni Gobi była mała, trzeba było sobie jakoś dorabiać. W Bydgoszczy kupowałem rowery za bezcen, wywoziłem je do Ułan-Bator, część szła na pustynię Gobi, a część załadowywałem na pociąg, jechałem do Pekinu i tam je sprzedawałem. Szły jak świeże bułeczki. Pewnemu klientowi oddałem rowery za darmo, bo już nie mogłem z nimi wrócić do Mongolii, a on powiedział, żebym poszedł z nim w góry. No więc poszedłem i tak poznałem w Tybecie mnichów buddyjskich i Dalajlamę.
– Dalajlamę?!
– On tam się ukrywał. Miałem okazję z nim rozmawiać.
– Mnisi nauczyli pana tybetańskich metod leczenia?
– Nie mogli tego robić, bo zostaliby wykluczeni ze swojej społeczności. Ale oni się mną nie przejmowali. Myśleli, że ja jestem obcy, to się nie kapnę. Przyjmowali chorych, nastawiali im kości, stosowali akupunkturę, masaże chińskie… Ja to wszystko podpatrywałem, potem złożyłem w kupkę i wypracowałem swoje sposoby. Ale już wcześniej zwierzęta wykryły, że mam właściwości lecznicze. Chore psy czy koty podchodziły do mnie, bo wyczuwały, że mogę pomóc.
– Kiedy i w jakich okolicznościach porzucił pan zawód chirurga?
– To długa historia, najpierw wyjechałem z kraju…
– Dlaczego?
– Byłem zaangażowany w “Solidarność” i tak jak wielu innych działaczy opuściłem w 1981 Polskę. Uciekłem do Berlina, a stamtąd do Rzymu. Miałem tam znajomości i przez kilka miesięcy ochraniałem kardynałów. Po zamachu na papieża była niepewna sytuacja. Z Rzymu wyjechałem do Nowego Jorku, załapałem się do szpitala, nie od razu na chirurga, tylko jako noszowy… ale w 82, czy 83 był ten słynny wypadek trzech pociągów ekspresowych. Masa rannych i potrzeba było chirurgów do roboty, więc mnie przyjęli…
– Ale co pan opowiada! Jak można wyobrazić sobie sytuację, że dopuszcza się do przeprowadzenia operacji kogoś, kogo się nie zna, bez odpowiednich kwalifikacji, nostryfikacji dyplomu…
– Wtedy było zamieszanie i się nie patrzyli. Były osoby, które potrzebowały pomocy, były polowe stoły operacyjne i jak ja się dorwałem do tego stołu, zrobiłem operację, jedna, drugą, trzecią i czwartą… Zorientowali się, że umiem, to później przyjęli mnie na chirurga.
– To niemożliwe.
– Może pan nie wierzyć… Potem pracowałem w Kapstadzie z profesorem Bleibergiem, specjalistą od operacji serca. Do Polski wróciłem w połowie lat 90. Pomyślałem, że kraj jest już wolny i potrzeba mnie tutaj. Poza tym moja mama żyje jeszcze i mogę się nią zająć.
– Po powrocie do kraju zaczął pan leczyć prywatnie… Na jakiej podstawie pan działa?
– Mam zezwolenie, zgłoszenie działalności gospodarczej do Urzędu Miasta, w obszarze medycyny niekonwencjonalnej.
– Nie ma żadnego nadzoru, kontroli, sprawdzianu pańskich umiejętności?
– Nie, płacę podatki i to wystarczy. Jak by było coś nie tak, to by mnie ścigali…
– Czy oprócz leczenia metodami alternatywnymi zajmuje się pan jeszcze czymś niezwykłym?
– Potrafię ustalić miejsce pobytu osoby zaginionej, pomóc skutecznie przy reanimacji, a także odprowadzić w miejsce spoczynku dusze zmarłych, które nie mają spokoju i straszą po śmierci….
– W jaki sposób pan to robi?
– Są w Polsce ogniska, gdzie były obozy koncentracyjne, albo stacje, skąd wysyłano do obozów – tam było wiele ofiar śmiertelnych. Na takim miejscu wybudowano w Sieradzu osiedle mieszkaniowe. I potem były nawiedzenia, ukazywała się postać, przesuwała meble, nawet w “Nie do wiary” to pokazywali. Przyjeżdżali księża z egzorcyzmami, to ich te duchy popędziły. A ja wyprowadziłem je w miejsce spokoju.
– Jak to się robi?
– Wchodzę w strukturę pozaziemską i mam z nimi styczność. Mówię “dosyć już się nachodziłeś, jedziesz ze mną” i zabieram je poza obszar miasta, w las, żeby sobie spokojnie pobytowały. Jak zaznają tam spokoju, to nie wrócą. Wyprowadziłem z tego osiedla masę takich struktur, chyba ze 150.
– I nie miał pan żadnych problemów, wszystkie były panu posłuszne?
– Jedna struktura weszła mi w samochód! Rzucała autem, miałem brak napięcia, zapchane przewody, płyn hamulcowy wyciekał. Otworzyłem maskę i zacząłem się szarpać z tą materią, odprowadziłem ją na bok i pojechałem dalej.
– Czy sygnety, które nosi pan na dłoniach, mają jakieś znaczenie?
– Pierścień atlanty zapewnia mi odpowiedni poziom energii. Inaczej musiałbym przerywać przyjmowanie pacjentów i się ładować. Sygnet na lewej dłoni przywiozłem z Chin, przedstawia tygrysa, noszę również brylant pomocny do rozdzielania energii świetlnej. Jak biorę kogoś za ręce, to wytwarzam pewne pole, widzę w nim aurę człowieka i wiem, co jest.
– W ilu miejscach w Polsce pan przyjmuje?
– W około czterdziestu, w całym kraju.
– I wszędzie jeździ pan tym starym citroenem?
– Mam dwadzieścia samochodów, przeważnie kupionych po okazjonalnych cenach. Na przykład ten kosztował mnie 500 złotych.
– Po co panu tyle samochodów, gdzie pan je trzyma?
– Cztery mam przed domem, a reszta stoi na różnych parkingach, albo u ludzi w całej Polsce. Przesiadam się w nie, jak jestem w trasie. Pod Oławą też mam jeden.
– Ach tak, mówił mi pan swoje motto, gdy się poznaliśmy: “Wolę zaliczać samochody niż dziewczyny”
– Tak naprawdę to jedno i drugie (śmiech) Przecież to naturalna potrzeba człowieka, jak jest ładna kobieta… czemu nie? Ja się tego nie wstydzę, póki można zaimponować, imponuję. Jak będę starym wrakiem, nie będę miał szans. Zgadza się?

Xawery Piśniak
[email protected]

 

Kategoria artykułu: Rozmowy

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.