Z Edytą łączy nas tylko przyjaźń

Pochodzący z Oławy Bartosz Bodnar tylko nam udzielił wywiadu, w którym odpowiada, co naprawdę łączy go z Edytą Górniak. Przy okazji dementuje medialne wiadomości na swój temat

Oława/Warszawa

– Dlaczego właśnie nam zdecydował się pan odpowiedzieć na pytania? Wiemy, że zabiegało o to już wiele tytułów.

Rzeczywiście, zazwyczaj odmawiam. Zgodziłem się, ponieważ nie jest to nasz pierwszy kontakt i utrzymujecie doskonałe relacje z moim tatą, pomagając mu w jego działalności na rzecz obrony zwierząt. Poza tym w przypadku waszej/naszej gazety mam pewność, że moje słowa nie zostaną przekręcone, a zdania wyjęte z kontekstu. To niezwykle istotne, ponieważ ostatnie tygodnie nauczyły mnie, jak wiele znaczeń może mieć jedno zdanie – istotny jest kontekst, w jaki zostało wplecione. W dobie internetu nie ma również znaczenia, czy rozmawia się z mediami lokalnymi, czy ogólnopolskimi. Jeżeli coś ma być przedrukowane, to wolę, żeby było to zaufane źródło.

– Kiedy i w jakich okolicznościach poznał pan Edytę Górniak?

– Edytę poznałem na początku roku, dzięki wspólnym znajomym. Bardzo szybko polubiliśmy się – tak zwyczajnie, po ludzku. Mieliśmy wiele wspólnych tematów, choćby przez wzgląd na to, że Edyta urodziła się w tej samej miejscowości, w której wychowywał się mój tato. Nasi rodzice znali się ze szkolnych ławek i z jednej ulicy. Nasze dzieci mają  bardzo podobnie na imię, choć to mało popularne imiona. Ot, drobne, śmieszne zbiegi okoliczności, których było wiele…

– To prawda, że pana synek i syn Edyty chodzą do tego samego przedszkola? Niektóre media piszą, że to właśnie przez pana wokalistka zapisała tam swoje dziecko.

– Tak się złożyło, że Edyta szukała na początku roku nowego przedszkola dla swojego synka.  To, do którego zapisałem mojego Alanka, jest świetne, więc z czystym sumieniem mogłem jej je polecić. Edyta odwiedziła to przedszkole razem ze swoim synkiem, który od razu zakochał się w atmosferze tego miejsca. W taki właśnie sposób znalazł się w jednym przedszkolu z moim Alankiem. Jest 2 lata starszy, więc chłopcy nie są  razem w tej samej grupie, choć bardzo się lubią.

– Pana znajomość z wokalistką to tylko przyjaźń, czy bardziej zażyły związek, jak sugerują plotkarskie media?

– Taka uroda kolorowych czasopism, że sugerują zawsze to, co nosi znamiona sensacji i będzie dobrze wyglądało na pierwszej stronie wydania. W dobie kryzysu tytuły prasowe sprzedają się coraz słabiej, więc redakcje szukają sensacji i skandali, a prawda i rzetelność dziennikarska spadły na drugi plan. Publikowane są niesprawdzone, a bardzo często nieprawdziwe informacje. Ma to miejsce również w kontekście mojej osoby. Edyta jest jedną z najlepiej rozpoznawalnych osób polskiego show biznesu, a zatem kryzys małżeński w jej wydaniu jest odpowiednią sensacją, by pisać o niej miesiącami. Znacznie lepiej na okładce wygląda kryzys małżeński, spowodowany pojawieniem się tajemniczego kochanka. Samo rozstanie nie jest dla kolorowej prasy wystarczająco sensacyjne. Nikomu nie przeszkadza, że nie ma dowodu na ten rzekomy „romans”, a jedyne wspólne zdjęcie, jakie udało się zrobić pilnującym jej  nieustannie paparazzim, to kiedy odbieramy dzieci z przedszkola. Każdy swoje, rzecz jasna, podobnie jak dziesiątki innych rodziców o tej porze dnia. Z Edytą łączy nas jedynie lub aż przyjaźń, a  widujemy się naprawdę sporadycznie. Zdarza nam się wraz z grupą znajomych chodzić do kina, czy na krótko się spotkać w czasie lunchu. Najczęściej jednak kontaktujemy się  telefonicznie. Oboje mamy swoje życie i obowiązki, a nie narzekamy na nadmiar wolnego czasu. Oczywiście możliwe, że kiedyś Polskę obiegną „sensacyjne” zdjęcia, np. jak idziemy razem chodnikiem! Rzecz jasna, dorobiona zostanie do tego barwna i niezwykle jednoznaczna historia. Tak więc serial w odcinkach będzie mógł trwać nadal.  Swoją drogą bycie papparazzim to naprawdę ciężka praca – trzeba siedzieć  całymi dniami w aucie, czekając na cokolwiek, do czego redakcje będą mogły dopisać ciekawą treść. Niespodziewanie moja znajomość z Edytą okazała się dla mediów niezwykle interesująca, a my zwyczajnie znamy się i lubimy. Cóż tu fotografować?
Patrząc na tę całą sytuację trochę z drugiej strony – Edyta jest osobą niezwykle emocjonalną i wylewną. Czasem może aż nadto. Jestem przekonany, że gdy w jej życiu pojawi się jakiś nowy mężczyzna, to właśnie od niej samej świat dowie się o tym natychmiast..

– Czy to prawda, że Edyta Górniak zamieszkała w pańskim mieszkaniu, co też wyczytaliśmy w kolorowej prasie?

– To oczywiście nonsens. Jesteśmy przyjaciółmi, a to nie powód, by ze sobą mieszkać. Każde z nas ma swoje życie, swój dom, swoich bliskich. Plotki o tym, że wspólnie coś urządzamy, że we Włoszech kupujemy meble, zasłony itp. nie mają w sobie za grosz prawdy. Prasa bulwarowa nie musi jednak pisać prawdy – ważne, żeby pisała sensacyjnie. Wystarczy się tylko powołać na anonimowe źródło… Swoją drogą, ciekawe kogo tak ponosi fantazja (śmiech).

– Jak odniesie się pan do zarzutów portalu Pudelek.pl, jakoby wykorzystywał pan całą sytuację do autopromocji, czy jak to nazwano – lansowania się?

– Szczególnie Pudelek nie jest miejscem, w którym należy szukać prawdy –  cel tego portalu jest zupełnie inny. Ale to wiadomo. Nigdy nie inicjowałem kontaktów z mediami, to dziennikarze próbują uzyskać ode mnie jakieś pikantne informacje. Odmawiam wywiadów – bo też nie widzę tematu dla nich. Wszystkie zdjęcia, jakie mi zrobiono, pochodzą z jednej imprezy, na której byłem z koleżanką Ewą Wiertel. Rzecz w tym, że ja na takich imprezach bywam często od kilku lat. Czasem prywatnie, czasem służbowo. Wcześniej jednak prasy to nie interesowało – bo i po co. Dopiero teraz moje pojawienie się wywołało takie zamieszanie. Nie jestem tym faktem zachwycony, ale nic na to nie poradzę. Biznes od zawsze mieszał się z show biznesem – szczególnie w Warszawie, szczególnie na imprezach czy bankietach….
Ostatnio usłyszałem nawet, że lansuję się, bo zacząłem chodzić do znanych warszawskich restauracji, żeby się pokazać. To, że chodzę do nich od lat, przede wszystkim na spotkania biznesowe, nikogo jednak nie obchodzi. Liczy się to, że teraz mnie tam widać. Proszę mi wierzyć, że całe to zamieszanie nie pomaga mi w pracy, czy w życiu prywatnym. Większość osób, z którymi pracuję, pojawia się w mediach regularnie. To wpisane w zawód, który wykonują – są „pudelkoodporni”. Swoją drogą, to niezmiernie smutne, że gdy przed laty pomagałem oławskiemu Domowi Dziecka i szukałem wsparcia w prasie, nikogo to nie zainteresowało, choć cel był szczytny. A znajomość nosząca znamiona sensacji wywołała publikacje i zainteresowanie prasy na wiele miesięcy. Może skorzystam z tego i poproszę Pudelka o wsparcie finansowe dla moich byłych podopiecznych. Ciekaw jestem, jaka byłaby ich reakcja, bo jaki wynik, to rzecz jasna. Hm, to chyba dobry pomysł! (śmiech).

– Czy pomoże pan teraz w kształtowaniu wizerunku medialnego Edyty Górniak? Niektóre media sugerują, że zachęca ją pan do udziału w programie „Diwy” oraz do wyjazdu z kraju.

– Nie jestem specjalistą od kształtowania wizerunku medialnego, lecz od budowania wizerunku marki – to co innego. Oczywiście, „Edyta Górniak” to również marka polskiego show biznesu, ale ja widzę w niej człowieka, nie produkt.
Skłamałbym mówiąc, że nie rozmawiamy o pracy i biznesach. Do tej pory tą sferą życia Edyty zawiadywał jej mąż. Sytuacja ulega zmianie i Edyta została trochę sama z tym wszystkim. Moje doświadczenie biznesowe, to ponad dziesięć lat zarządzania firmami, dziesięć lat negocjacji, mediacji i doradztwa. Jeżeli moje doświadczenie może w czymkolwiek jej pomóc, zawsze chętnie takiej pomocy udzielę. Podobnie jak innym swoim przyjaciołom. Nie jest jednak prawdą, że doradzałem Edycie udział w „Diwach”. Poznałem temat zbyt ogólnikowo, żeby wypowiadać się w tej  kwestii. Edyta ma bardzo wiele ciekawych propozycji pracy i współpracy. Wybór jest ciężki, ale i odpowiedzialność spora, dlatego radzi się swoich przyjaciół – między innymi też mnie. Czasem pytany, sugeruję, czy wyrażam swoje zdanie, ale zawsze decyzja należy do Edyty.
Odnośnie wyjazdu z kraju – Edyta została doceniona poza granicami Polski, o czym mało kto u nas wie. Jej piosenki niejednokrotnie były w czołówkach list przebojów w wielu krajach. Ma ogromny talent i skoro pojawiają się możliwości kontynuowania światowej kariery – z czystym sumieniem doradzam jej takie rozwiązanie.
Talent i profesjonalizm Edyty, dobry kompozytor oraz sprawny menedżer są gwarantami jej sukcesu. Życzę jej z całego serca sukcesu i szczęśliwego poukładania sobie życia, ponieważ jak każdy z nas, w pełni na to szczęście zasługuje.

Malwina Gadawa</strong>
[email protected]

Kategoria artykułu: Rozmowy

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.