Z głową w chmurach

Z 20-letnim oławianinem Michałem Korzeniowskim, który od dwóch lat siada w wolnych chwilach za sterami szybowca i jeszcze w tym roku chce zdobyć licencję, rozmawia Piotr Turek

– Jak się zaczęła twoja przygoda z lotnictwem?

– Od tego, o czym marzy wielu młodych, czyli od latania. To był jeden z zamiarów, o którym myślałem, że nigdy go nie zrealizuję. Wydawało mi się to nieosiągalne i bardzo kosztowne. Jednak pewnego dnia postanowiłem wstąpić do wrocławskiego aeroklubu i dowiedzieć się coś więcej na ten temat. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że za szkolenie teoretyczne trzeba zapłacić 500 zł. Natomiast koszt praktyki około 3000 zł, ale to mogło pokryć miasto Wrocław. Wystarczyło spełnić dwa warunki: nie mieć ukończonych 25 lat i zdać dobrze egzamin wewnętrzny po kursie teoretycznym. Miałem szczęście, byłem jednym z młodszych uczestników tego szkolenia i udało się. Obecnie nie ma opcji pokrycia kosztów, a szkoda.

– Ile trwa taki kurs?

– Wszystko zależy od warunków pogodowych. Teoretycznie można go ukończyć w trzy miesiące…

– A jak on wygląda?

– Dzieli się na dwie części. Szkolenia teoretyczne są organizowane co tydzień, obejmują około 60 godzin wykładów. Potem trzeba zdać wewnętrzny test. Po nim rozpocząłem praktykę, na której uczyłem się m.in. lotu po prostej, wykonywania zakrętów, startowania, lądowania oraz radzenia sobie w sytuacjach niebezpiecznych. W pięćdziesięciu lotach był ze mną instruktor, a dziesięć ostatnich wykonałem sam.

– Nie bałeś się?

– To oczywiste, że byłem zestresowany przed pierwszymi lotami, ale to mijało zaraz po starcie, gdy można było się cieszyć widokami zapierającymi dech w piersiach. Później już nie miałem czasu na stres, bo trzeba było się nauczyć podstawowych ruchów i manewrowania szybowcem. Przed pierwszym lotem samodzielnym adrenalina znacznie rosła, ale w powietrzu okazało się, że jest prawie tak samo jak kilka lotów wcześniej, gdy instruktor siedział z tyłu w kabinie. Różnica tylko w tym, że byłem zdany całkowicie na siebie i ewentualne instrukcje przez radio z ziemi, które mogłyby mi pomóc. Po szkoleniu podstawowym uczyłem się nowego typu startu, za samolotem. Wygląda to tak, że szybowiec jest przyczepiony liną do samolotu, który holuje na pewną wysokość. Później zaliczyłem kurs celności lądowania, na którym uczą sposobów powrotu na ziemię, przy różnych warunkach atmosferycznych. Ogólnie chodziło o to, aby bezpiecznie wylądować w oznaczonym polu. Następnym szkoleniem była nauka wykorzystywania prądów wznoszących, czyli termiki, dzięki której szybowiec może osiągać wysokość podczas lotu.

– Rozumiem, że aby zostać pilotem szybowca, trzeba przejść specjalne testy…

– Tak, jeszcze przed rozpoczęciem szkolenia. Trzeba poświęcić praktycznie cały dzień na pobyt w ośrodku badań lotniczo-lekarskich. Jest ich kilka w Polsce, najbliżej we Wrocławiu. Trwa to tak długo, bo trzeba być przebadanym przez wielu różnych lekarzy. Gdy wszystkie są pozytywne, dostaje się klasę zdrowia na szybowce. Wymagana jest minimum druga klasa, natomiast pierwsza jest dla pilotów, którzy planują latanie zawodowe. Przede wszystkim trzeba mieć chęci i zapał oraz w miarę odpowiednie warunki. Nie musi to być zdrowie kosmonauty czy pilota wojskowego. Wystarczy nie mieć jakichś poważnych wad zdrowotnych.

– I to wystarczy, aby uzyskać licencję?

– Nie. By ją zdobyć, trzeba wysłać dokumenty do Urzędu Lotnictwa Cywilnego w Warszawie i zapisać się na egzamin z dziesięciu przedmiotów. Wygląda to podobnie jak egzamin teoretyczny na prawo jazdy. Z tą różnicą, że zamiast jednego zdaje się 10 przedmiotów. Trzeba je opanować naprawdę na dobrym poziomie, szczególnie, że ULC nie podaje oficjalnej bazy pytań. Gdy to jest zaliczone, należy – mając odpowiedni nalot – uzyskać świadectwo radiooperatora z Urzędu Komunikacji Elektronicznej, które uprawnia do posługiwania się radiem w statkach powietrznych. Wtedy dopiero można się udać na egzamin praktyczny. Tam egzaminator sprawdza, czy mamy wymagane od ucznia-pilota umiejętności pilotażu. Za obydwa egzaminy płaci się po 100 zł, ale jako student mam 50% zniżki. Gdy zda się praktykę, można otrzymać licencję i latać bez nadzoru instruktora.

– Można przyjść na lotnisko i wypożyczyć szybowiec?

– Tak, ale za każdą godzinę latania płaci się 60 zł, plus około 100 zł za start za samolotem lub 15 zł z pomocą wyciągarki. Ten drugi sposób jest tańszy i szybszy, jednak wznosi na mniejszą wysokość. Ceny szybowców wahają się od kilkudziesięciu tysięcy złotych nawet do kilkuset. Warto zdobyć uprawnienia na latanie różnymi modelami. Żeby przesiąść się na inny szybowiec, trzeba wykonać na nim kilka lotów i znać jego instrukcję użytkowania w locie. To jest potwierdzane przez instruktora w specjalnej książce pilota szybowcowego, w której znajdują się informacje o wykonywanych ćwiczeniach, czasie trwania lotów i dodatkowych uprawnieniach.

– Kiedy można będzie zobaczyć ciebie nad Oławą?

– Szybowce nad Oławą raczej nie latają, bo żeby tutaj dolecieć, trzeba ominąć strefę lotniska Wrocław-Strachowice, a jest to dość duży dystans. Licencję planuję uzyskać jeszcze w tym roku. Egzamin teoretyczny mam już za sobą.
 
– Co możesz powiedzieć tym, którzy mają podobne marzenia?

– Warto dążyć do tego żeby spełniać swoje marzenia. Zapisałem się na ten kurs, aby się sprawdzić. W przyszłości chciałbym latać na samolotach, a jest to dosyć kosztowne. Sądzę, że lepiej na początek próbować swoich sił w lataniu szybowcami. Jeśli miałbym wydać pieniądze na samoloty, a okazałoby się, że podczas lotu mam jakieś dolegliwości lub latanie by mi się nie spodobało, to pieniądze poszłyby w błoto. Szybowiec jest dobrym wstępem do pilotażu, to stosunkowo prosta maszyna, bez silnika, nie ma zbiorników z paliwem, lata na mniejszych prędkościach, nie hałasuje. Trzeba też pamiętać, że loty szybowcem są na początku krótkie, trwają do pięciu minut. Później ten czas wydłuża się nawet do 6 godzin. W powietrzu nie można się zatrzymać jak podczas jazdy samochodem, dlatego trzeba pamiętać o bezpieczeństwie. Każdy lot należy dokładnie zaplanować, sprawdzić pogodę, wyznaczyć trasę, a przed startem sprawdzić dokładnie maszynę. Latanie sprawia dużo frajdy, a cała sztuka polega na znajdowaniu unoszącego się powietrza. Do tego potrzeba sporej wiedzy z meteorologii. Można też skorzystać z pomocy ptaków. One, zamiast machać skrzydłami, szybują w kominach termicznych i traktują nas tak, jak trochę większych kolegów. To jest coś, czego nie da się opisać…

Fot. arch. Michała Korzeniowskiego

Kategoria artykułu: Rozmowy

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.