Wielkolud z Bystrzycy

Grób na bystrzyckim cmentarzu ma zwykły, dwumetrowy, a on miał przecież 228 cm! Gdyby żył, Gieniu nadal byłby najwyższym Polakiem. W 2013 minie 35 lat od jego śmierci

GMINA OŁAWA Ludzie (wszystkie zdjęcia po kliknięciu w miniaturę)

– Panie, co to było z tą trumną! – wspomina jego bratowa, Józefa Taracińska. – Jak się dowiedziałam, że zmarł, zwróciliśmy się do „Jelcza” o pomoc. Tam mówią, że nie bardzo. No to my do Oławy. Też nie. To do Brzegu. I znów nie. Ostatecznie trumnę zrobił „Jelcz”, ale jakaś licha była. Jak ściągaliśmy z samochodu, to od spodu deska odpadła. Baliśmy się, że Gienia zgubimy.

Trumna miała 2,5 metra, więc i grób miał być wielki. Tak chcieli najbliżsi. Ale z firmy pogrzebowej pokręcili głową, że trzeba by specjalne formy robić i dodatkowo zapłacić. Ostatecznie postawiono nagrobek standardowy.

Rósł i rósł

Prawie nikt o tym nie wie, że kiedyś coś go naszło i zaczął pisać książkę. To miało być wspomnienie o wielkim człowieku. Czyli o nim. Pierwsze zdanie brzmiało: – Ja, Eugeniusz Taraciński, przyszedłem na świat w 1928 roku w Herawcu koło Kamionki Strumiłowej…

Co było dalej, nikt nie wie. – Panie kochany, to nie miało żadnego sensu – wspomina bratowa. – Co zdanie, to kończył, że o tym napisze w dalszym ciągu swojego pisma. Może z osiem stron zapisał i zniechęcony przestał. Nic z tego nie było.

Jak wielki się urodził, nikt już nie pamięta. Rodzina wspomina tylko, że gdy szedł do pierwszej komunii i tata poprosił Żyda w sklepie, aby dał mu garnitur dla syna, to już wszyscy wiedzieli, że musi brać jak dla dorosłego. A potem syn dalej rósł.

Tata miał trzy żony, więc Gieniu miał sporo rodzeństwa – dwie siostry i trzech braci. Ale same „mikrusy”. Jeden brat mierzył 174 cm, siostra 158, pozostali podobnie.

Po wojnie wraz z rodziną trafił najpierw do Sanoka, a potem do Bystrzycy pod Oławą. Miał za sobą parę klas, a ponieważ był silny, od razu wziął się do pracy. Najpierw w miejscowym nadleśnictwie, gdzie przy wyrębach mocno nadwerężył kręgosłup, potem trafił do Jelczańskich Zakładów Samochodowych, na lakiernię. Chwalili go, bo wysoki, więc mógł malować bez drabiny. Był czas, że zajmował się bieleniem domów w Bystrzycy.

– Był spokojny, opanowany, grzeczny, nie widziałem, aby się kiedyś zezłościł – wspomina jego niemal równolatek, dziś 82-letni Władysław Herba z Bystrzycy. – Był taki raczej flegmatyczny, nie chciał nikomu dokuczyć, wolał się usunąć.

O jego sile krążyły legendy. Jak w barze wybuchała awantura, wystarczyło powiedzieć: „Idziemy po Gienia!” i od razi się uspokajali. – Pracował w lesie z moim ojcem, a jak kiedyś traktor się zakopał, to on sam jeden go wyciągnął, tylko wtedy się przerwał – wspomina Waldemar Dawidowicz z Miłoszyc, były mieszkaniec Bystrzycy. – Czasami pijaków z knajpy wynosił po jednego w każdej ręce. Silny był pieruńsko, ale to był złoty człowiek.

Z roku na rok Geniu czuł się coraz gorzej, zaczął jeździć do lekarzy. – W 1956 przywieźli go z zakładu karetką – wspomina pani Józefa. – Potem mu przeszło, więc jeszcze pracował, ale przeszedł do szatni, miał robotę siedzącą. Do szpitala jednak często jeździł.

Bratowa wspomina, że do dziś nie odzyskała poduszki, jaką kiedyś musiała dać do auta, bo drzwi w karetce nijak zamknąć się nie dało.

Pod koniec życia Geniu nie chciał być dla nikogo obciążeniem, więc na jakiś czas przeniósł się do Jelcza, gdzie zamieszkał w hotelu robotniczym. Do końca, a żył tylko 50 lat, choć był na rencie, chodził o własnych siłach.

228 cm na fotografii

W przedszkolnej kronice dyrektor Maria Jarosławska z dumą odnotowała w 1956, że podczas remontu pracował tam Eugeniusz Taraciński – „najwyższy Polak, mieszkaniec Bystrzycy”. Co ciekawe, podaje, że miał wtedy, czyli jeszcze przed trzydziestką, 220 cm wzrostu. W innych źródłach znalazłem informację, że Gieniu mierzył 227-228 cm i ważył ok.140 kg. – Gdy przestał rosnąć, cały czas mierzył 226 cm – upiera się Władysław Herba. Wiadomo na pewno, że pod koniec życia skurczył się do 217 cm.

Choć dla Google ktoś taki, jak Eugeniusz Taraciński z Bystrzycy, nie istnieje – wyszukiwarka nie odnajduje frazy – w podoławskiej wsi do dziś nie ma domu, gdzie by go nie pamiętano i nie wspominano, jak to ktoś z rodziny fotografował się z Gieniem.

– Nie miał z tym większego problemu – opowiada bratowa. – Chętnie pozował.

Wszyscy opowiadają o zdjęciach, gdy jednak próbuję do nich dotrzeć, nagle okazuje się, że nie ma prawie żadnych. Na jednym miał przestawiać karosę na jelczańskim parkingu. Na innym – w wielkiej dłoni trzymać malutkie dziecko. Jeszcze inne przedstawiało go, gdy w obu rękach trzymał drewniane kłody. Niestety, nawet bratowa ma dziś zaledwie parę fotografii, i to nie najlepszej jakości. – Wszystkie porozdawałam, każdy chciał wziąć na pamiątkę – tłumaczy.

– Mieliśmy takie zdjęcie, zrobione na naszym podwórku, ale rodzina gdzieś zabrała – mówi Zbigniew Kudlak z Bystrzycy. – Obejmował całą rodzinę rękoma, a to było z osiem osób.

Gdy zdrowie mu się pogorszyło, Gieniu bywał w sanatorium. Tam też wszyscy chcieli mieć z nim zdjęcie. Początkowo to go denerwowało. Potem się z tym jakoś pogodził, a nawet zawarł przymierze z uzdrowiskowym fotografem. – Pozował, a ten mu odpalał coś ze zwiększonych zysków – opowiada Zbigniew Kudlak.

– Panie, on miał z tym kłopot, biedaczyna – wspomina Herba. – Pojechali my grać w piłkę, a on z nami. Szliśmy sobie do pociągu, a ludzie nie chcieli go puścić, każden chciał go złapać, przywitać się z nim. Tłum za nim szedł, jak procesja.

– Ale siedzieć u niego na kolanach było przyjemnie – wspomina Maria Wierzyk, która wtedy była małą dziewczynką. – Bo z góry się patrzyło.

Wszystko do przeróbki

Z jednej strony wzrost to była wizytówka Gienia – każdy rozpoznawał, zagadywał, fotkę chciał sobie z nim zrobić. Z drugiej – rozmiar XXXXL to przekleństwo – bo jak tu usiąść na zwykłym krześle? Jak ubrać marynarkę, która rękawy ma po łokcie? Jak jechać na rowerze, gdy kolanami się trze po ziemi?

– Pamiętam, pewnie, że pamiętam – mówi 90-letni bystrzycki szewc, Władysław Kondiuch. – Raz w życiu robi się tak wielkie buty. On sam przychodził do mnie, ale jak musiał się schylać w drzwiach! Jaki numer? 54-56. No, but długi prawie na 40 cm. Ja przerabiał wszytko do wymiaru. On miał takie buty, że jeszcze jedną nogę można było włożyć.

Stolarz zrobił mu wielki fotel, w którym mógł się poczuć komfortowo. Podobnie było z odpowiednio długim łóżkiem. Miał też powiększony rower. – Kierownica była od wyścigówki, tylko odwrócona – mówi Zbigniew Kudlak. – A siodełko z motoroweru simson.

W jelczańskich zakładach przerobili mu trzykołowy wózek inwalidzki z silnikiem, żeby mógł się w nim zmieścić. Z koszulami też był problem. Kupował największe, a i tak wyglądał, jakby się z nich wylewał. Zawsze przykuse były, więc zwykle podwijał rękawy, żeby aż tak nie rzucało się w oczy. Na zdjęciach widać, że za to garnitur miał porządny, szyty na miarę. Prawdopodobnie w oławskiej Spółdzielni Inwalidów.

Bratowa napisała kiedyś list z prośbą do „Wólczanki”, to mu zrobili dwie pary podkoszulek, tyle samo kalesonów, a na dokładkę rękawiczki. Dziś nie ma po nich śladu. Ostatnią parę wielkich butów ktoś z rodziny zabrał do zakładu poza Bystrzycą, aby wisiały na ścianie jako ciekawostka. Gdzie są teraz, nikt nie wie.

Do sportu, do cyrku, do ślubu

– On nie bardzo chciał grać – mówi Waldemar Dawidowicz. – Ale jak on stał przy płocie, my rzucali do niego piłką, a on jak machnął, to leciała przez całe boisko. Lubiliśmy go, a on lubił dzieci. Lataliśmy za nim.

Czasem Gieniu grywał w siatkówkę na bystrzyckim boisku. Niewiele się ruszał, raczej ślamazarnie, ale świetnie uderzał podawane mu piłki. Zainteresowała się nim Gwardia Wrocław, wówczas czołowa polska drużyna.

Gdy specjaliści zabrali go do Warszawy, by sprawdzić, czy może zostać koszykarzem Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego (potem Legia Warszawa), bo przecież ma niesamowity atut w postaci wzrostu, okazało się, że ma też guza przysadki mózgowej. To dlatego – mimo trzydziestki na karku – nadal rósł. Lekarze z kliniki na Wołoskiej naświetlali go lampami. Wyłysiał. Włosy odrosły od razu siwe. Ze sportu nic nie wyszło.

– Wtedy każda fabryka robiła coś dla wojska, w Jelczu też – wspomina Herba. – Mieliśmy więc wojskowych, którzy zabrali Gienia do Warszawy, żeby zrobić z niego koszykarza w wojskowym klubie, a właściwie to miał tylko stać pod koszem i wrzucać piłki. Bo biegać to nie bardzo, on taki trochę niedołężny był, ślamazarny.

Wtedy w Warszawie ponoć działacze próbowali go poznać z jakąś Węgierką o podobnych gabarytach. Miała ponoć tylko 2 cm mniej. Proponowali, aby się z nią ożenił i mieli dzieci, ale się nie skusił.

– Czy się z nią spotkał? Nie wiem – mówi Herba. – Ale zwierzył mi się, że wtedy naukowcy dawali rodzinie 150 tys. ówczesnych złotych, żeby tylko po śmierci wyrzekła się jego zwłok. Chcieli je badać. Nie zgodził się i z Warszawy wrócił już na własną rękę.

– Podobno chcieli go też do cyrku – wspomina Maria Wierzyk. – Ale oburzał się na takie propozycje.

Dopóki żyła mama, miał się dobrze. Gdy zmarła, poczuł się bardzo samotny. – Raczej się nie skarżył, pogodzony był z tym, że będzie sam – mówi bratowa. – Jednak jak mama zmarła, coś w nim pękło. Kiedyś się przyznał, że przyszła do niego we śnie i powiedziała, że przecież ma tu dobrze, jak nigdy w życiu nie miał. Dopiero wtedy się uspokoił. Od tej pory to ja byłam mu mamą, ja się nim opiekowałam.

Władysław Herba potwierdza, że Józefa Taracińska bardzo dbała o szwagra: – Źle mu nie było.

Bratowa miewała jednak z nim problemy, bo bywał nerwowy, potrafił czymś rzucić w nerwach. Czasem skarżył się na nią ludziom, a potem tego żałował. Dziś pani Józefa nie chce jednak o tym mówić. Przyznaje, że wcale nie było tak lekko, ale woli wspominać to, co było dobre.

Rentę miał malutką, a potrzeby wielkie, jak on sam. Czasem pomagała gmina. Kiedyś, żeby wystarać się o tzw. rentę wyjątkową, bratowa nawet do Cyrankiewicza napisała, „bo to trzeba do kogoś wysoko postawionego”. I Geniu dostał taką rentę. Za wzrost.

Schody się uginają

Bardzo lubił szachy. Często grywał z różnymi, najczęściej partnerem był chyba Kaszowski z Janikowa. Podobno Gieniu radził sobie całkiem nieźle, bo mimo fizycznych ułomności, był bardzo inteligentny. – Może i był dobry, ale miał taką metodę – zdradza Kudlak. – Skrajnymi palcami przesuwał pionki, a co pod tą wielką dłonią, to już nie było widać.

Parę razy był we Wrocławiu, w Piwnicy Świdnickiej, na dorocznym Balu Wysokich. Kiedyś jednak, akurat gdy nagrodą dla najwyższego mężczyzny miało być pianino, nie przyjechali po niego. A obiecywali, więc czekał. I się nie doczekał. Najwyższym uczestnikiem balu został kto inny i to on zgarnął nagrodę. Gieniu był wtedy bardzo urażony, miał żal do organizatorów. Już więcej na balu się nie pokazał.

Do kościoła chodził regularnie. Zawsze szedł na chór, siadał na krześle przy oknie. A że wtedy jeszcze w kościele drewniane schody były, jak wchodził, to wszyscy milkli i doskonale było słychać, jak deski trzeszczą. Wreszcie ksiądz nie wytrzymał tego napięcia i wypalił z ambony w ogłoszeniach parafialnych: – Schody się uginają i może być nieszczęście. Niech ten człowiek już tam nie chodzi.

Nieszczęścia nie było. A szczęście?

–  Nie musiał się skarżyć, ja wszystko wiedział – mówi Władysław Kondiuch. – Naokoło mu robili krzywdę, bo pracował za dwóch, czasem trzech, niszczył się, ale nikt mu nie powiedział, jak żyć, co jeść.
– Był troszeczkę pokrzywdzony, że wzbudzał taką sensację – mówi Władysław Herba. – Czasem miewał tego dosyć. Ale tak, mógł być szczęśliwy. Tutaj, w Bystrzycy, był uwielbiany. Cześć Gieniu! Jak się czujesz, Gieniu! Tak, tu mógł się czuć dobrze.
– Może by i chciał kogoś w życiu, ale nie było szans – mówi Józefa Taracińska. – Nie był z tego zadowolony. Czy mógł mieć żal do losu? Chyba miał…

Anegdota o Gieniu

Po Oławie do dziś krążą anegdoty o Gieniu z Bystrzycy. Jedna z nich opowiada o jego wizycie w delikatesach.

Ekspedientka akurat stała tyłem, gdy do lady podszedł Gieniu. Kobieta odwróciła się i  przestraszona zawołała: – Proszę natychmiast zejść z tej lady!

Jerzy Kamiński [email protected]

Fot. arch. rodzinne, arch. ZS w Bystrzycy, arch. Głosu Jelcza

Kategoria artykułu: Archiwum

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.