94 Oktany, czyli miłość do motoryzacji i… 5000 kilometrów, żeby pomóc!

Stowarzyszenie 94 Oktany działa w Jelczu-Laskowicach. To klub zrzeszający miłośników zabytkowych pojazdów. Angażują się również w działalność społeczną i pomagają! Trwa ich wyprawa do Turcji

– Organizujemy co roku rajd samochodów zabytkowych – mówi prezes stowarzyszenia Grzegorz Zabierowski. – Nasze rajdy turystyczne odbywają się po trasach przygotowanych wcześniej na mapach strzałkowych typu itinerer. Uczestnicy mogą sprawdzić swoje umiejętności na trudnych trasach, a przy okazji odkrywać nowe miejsca. Zapewniamy świetną zabawę w miłym towarzystwie. Na nasze imprezy przyjeżdżają załogi z całej Polski. Zapraszamy do zerknięcia na naszą stronę www.94oktany.pl, ale również na nasz profil FB.

Rajdy takie organizowane są cyklicznie w długi weekend majowy. Później ekipa gości na wielu stałych imprezach o podobnym charakterze, jak np. „Rajd Koguta” czy „Rajd Oldtimer Chojnów”. Co roku organizują jesienią imprezę na zakończenie sezonu, by jeszcze przed schowaniem pojazdów do garażu dane było im się spotkać.

Do klubu przyjmowane są osoby posiadające zabytkowe lub ciekawe pojazdy. Angażują się również w działalność społeczną. Dwa lata temu brali udział w Ekspedycji Charytatywnej KGHM Polska Miedź S.A. Zbierali pieniądze na implanty słuchu dla Kamila Wawrucha, który był wcześniakiem z najmniejszą wagą urodzeniową w Polsce. Akcja ta zorganizowana była przez Oldtimer Chojnów. Udało im się wówczas uzbierać ponad 44.000 zł, a zgodnie z umową tytularny darczyńca podwoił tę kwotę. Dzięki ich działaniom, ale przede wszystkim darczyńcom, Kamil otrzymał implanty słuchu i szansę na szybszy rozwój.

– Jechaliśmy wówczas starym żukiem do Hiszpanii, a darczyńcy wpłacający pieniądze na leczenie mogli umieścić reklamę swoich firm na naszym aucie – mówi Zabierowski. – Stary żuk nas nie zawiódł i na oryginalnym silniku z trzybiegową skrzynią biegów dzielnie pokonał całą trasę, a to ponad 5.500 km. Koszty podróży solidarnie ponieśli uczestnicy ekspedycji.

Teraz ruszyli z kolejną akcją charytatywną. Tym razem pieniądze zbierają na Dolnośląskie Centrum Onkologii z Wrocławia. W tej edycji jadą trzema autami – to żuk, skoda favorit i ford transit.

– Naszym celem jest: Istambuł w Turcji – mówi Zabierowski.

Uczestnicy wyjechali 10 września. To pierwsza relacja z tej wyprawy:

– Termin 10 września zaznaczyłem w kalendarzu już jakiś czas temu – mówi Grzegorz Zabierowski. – Był tak odległy, że przez długi okres czasu nie wyskakiwał na trójdzielnych stronach kalendarza.
Pojawił się w lipcu i wydawał się wciąż odległy. Panika zrobiła się w sierpniu, że to właśnie się zbliża 10.
Stary Ford wymagał drobnych napraw, reklamodawców trzeba było „wykleić”, załatwić zieloną kartę, wizę turecką. Wreszcie nadszedł ten dzień i po zapakowaniu auta ruszamy ku przygodzie. Trasa wiedzie przez Nowy Sącz. To jakaś prowokacyjna nazwa miasta. Niby nie wspomina wprost o alkoholu, ale co ten młody z nazwy pije? Mijamy miasto z wielkiej płyty i przejeżdżamy Tatry. Po słowackiej stronie nic nie przykuwa naszej uwagi. Krowy, kozy, Skody. Zwłaszcza te ostatnie wypełnią pejzaż. Po dwóch godzinach przejeżdżamy Koszyce. Cygańskie miasto w centrum Europy. Cyganów nie widać, a na ulicach czysto. Coś tu jednak się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Przy wjeździe do miasta machają do nas dziewczyny, ale nie takie no wiecie. Odwzajemniamy gesty i już wiemy, że auto się podoba, bo przecież nie my. Nie że brzydcy, czy coś takiego. Po prostu nas nie widać wcale, bo siedzimy za oklejoną folią szybą, co najwyżej widać Irka i Krzysztofa. Wierzę więc w moc auta, a nie załogi w aspekcie efektu wow.
Pod wieczór wjeżdżamy na Węgry. Jednak zanim to się stanie czekają nas małe emocje. Przez przypadek wjeżdżamy na autostradę nie mając wykupionej opłaty drogowej. Kwadrans napięcia do granicy. Jak to na granicy jest i policja. Irek wkleja się na zderzak tira i przed samą policją ucieka na lewy pas. Omijamy bezradnych mundurowych. Udało się. Pewnie czytając to zapytasz czy nie lepiej było kupić winietę drogową. Nie nie lepiej. Za odcinek 30 kilometrów nie warto. Kraj ten przejechaliśmy prawie w całości bez autostrady. Węgry witają nas dziurami, ciemnością i zdezelowanymi autami. Jest dramat. Kupujemy opłatę drogową za 6000 na szczęście forintów i przelatujemy przez skansen komunizmu. O północy jesteśmy w Rumunii. Kolejna opłata drogowa. Tym razem na wesoło. Pani sprzedająca w zamian za 7 euro wypisuje nam karteczkę. 7 to nie 6000 więc dziękujemy bardzo pozostawiając na pożegnanie kilka lizaków.
Znajdujemy po godzinie jazdy nocleg w podłym zajeździe. Jest adekwatny do ceny. Nie po namyśle nie jest. Idziemy spać…

 

Kategoria artykułu: Aktualności

Tagi: , , , , , , , , , ,

reklama

Komentarzy (1)

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.