Cud na działkach

8 czerwca przypada 35 rocznica objawień na oławskich działkach. „Gdy rankiem 1983 roku Kazimierz Domański wybierał się na swoją działkę, nikt nie mógł przypuszczać, że o tym, co potem się wydarzy, za kilka tygodni głośno będzie w całym kraju, a gazety przyniosą sensacyjne tytuły: „Cud! W Oławie objawiła się Matka Boska!”, „Domański kontaktuje się z niebem!”, „Matka Boska uzdrawia w Oławie na działce!”. Była środa, 8 czerwca. Kazimierz Domański jak zwykle wybrał się na działkę. W altance pomodlił się przed obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Dostał go od neoprezbitera w kaplicy szpitalnej, gdy leczył się we wrocławskim szpitalu przy ul. Traugutta. – Po modlitwie poszedłem podwiązać pomidory, ale po jakimś czasie zabrakło mi tasiemek, to wróciłem do altanki – opowiadał potem. – Gdy stanąłem w drzwiach, zobaczyłem, że na ławeczce wewnątrz altanki stoi Matka Boska. Padłem na kolana, zacząłem się modlić słowami „Ojcze nasz…”, „Zdrowaś Maryjo…”, „Pod Twoją Obronę…”. W połowie modlitwy Matka Boska przerwała mi: „Wstań!”. Posłuszny wezwaniu wstałem. Wtedy Matka Boska dotknęła mojego prawego ramienia mówiąc: „Ja ciebie uzdrowiłam, ty masz chorych uzdrawiać”. Powiedziawszy to, zniknęła. Już o 9.00 tego samego dnia o powyższym zawiadomiłem księdza proboszcza. Ten podczas mszy wspomniał o tym z ambony. Na rezultat nie trzeba było długo czekać. Już po kilku tygodniach cała Polska wiedziała o „cudzie”, a fala pielgrzymów zaczęła napływać na oławskie działki. Domański buduje w altance ołtarzyk, na dachu pojawia się krzyż, a miejsce, gdzie zobaczył Matkę Boską, zaznacza białą serwetką. Od tej pory, jak powtarza wszystkim, Matka Boska objawia mu się regularnie, prawie co miesiąc, głównie w ważniejsze święta kościelne. Spragnionym cudu, schorowanym i potrzebującym nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Zjawiają się przy altance codziennie, a Domański ma pełne ręce roboty – i to dosłownie, bo każdego musi dotknąć. Szacuje, że w ciągu pół roku pobłogosławił 100 tysięcy osób. Z powodu wielkiego natłoku pielgrzymów i równie dużego oporu działkowców, zmuszony jest ustanowić dni i godziny przyjęć. Na ogrodzeniu pojawia się stosowna tabliczka. Teraz tylko dwa, trzy dni w tygodniu Oława przeżywa szturm żądnych cudu. Kościół oficjalnie nie zabiera głosu. Zbiera materiały i czeka. Ale wierni nie chcieli czekać. Najpierw przyjeżdżały grupki kilkudziesięcioosobowe, potem – po artykule we wrocławskich „Sprawach i Ludziach”- do Oławy zjeżdżał cały Dolny Śląsk. Reportaż telewizyjny przyciągnął mieszkańców województw centralnych i wschodnich. A gdy generał Wojciech Jaruzelski powiedział na Krajowej Konferencji Delegatów PZPR, że w Polsce jest jeszcze wiele ciemnoty i zacofania, co widać najlepiej właśnie w Oławie, zainteresowanie Domańskim sięgnęło zenitu. Kim był? Urodził się w 1934 roku w Uszni (powiat złoczowski, województwo tarnopolskie), jako piąte dziecko Emilii i Łukasza Domańskich. Miał cztery siostry i trzech braci. W 1944 roku jego ojca rozstrzelali hitlerowcy za działalność partyzancką w AK. Od tej pory wychowaniem dzieci zajmowała się matka. – Nie rozstawała się z różańcem – wspominał Kazimierz. Po wojnie, w 1945 roku, rodzina osiedliła się w Niwniku pod Oławą. W ciężkiej sytuacji nie stać ich było na kształcenie dzieci, musiały wcześnie rozpocząć pracę. Kazimierz Domański ukończył trzy klasy szkoły podstawowej. W 1956 roku ożenił się w Wójcicach z Bronisławą Bielewicz, też pochodzącą z Kresów. Mieli dwoje dzieci – Stanisława (ur. w 1958) i Grażynę (ur. w 1962). Bronisława Domańska pracowała od 1954 roku w Jelczańskich Zakładach Samochodowych, w magazynie, ale po urodzeniu pierwszego dziecka przerwała pracę.
Kazimierz pracował od 1958 roku jako malarz w przedsiębiorstwie remontowo-budowlanym. W 1966 miał wypadek samochodowy, podczas którego doznał uszkodzenia kręgosłupa i wstrząsu mózgu. W 1967 roku państwo Domańscy przeprowadzili się do Oławy, gdzie otrzymali mieszkanie przy ul. 3 Maja. Wtedy Kazimierz rozpoczął pracę jako malarz w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego. W 1974 roku rodzina przeniosła się do nowego „wieżowca” na osiedlu Chrobrego, skąd – gdy o Domańskim było głośno – przeprowadzili się do domu w Nowym Otoku, gdzie córka Grażyną mieszkają do dziś. Po wypadku zdrowie Kazimierza pogarszało się w szybkim tempie. Cierpiał na niedowład kończyn, z trudem chodził, nie był w stanie poruszać prawą ręką. Zdarzało się, że tracił przytomność, a objawy wskazywały na napad padaczkowy. W 1976 roku trafił na rentę chorobową. Komisja lekarska orzekła, że konieczne jest leczenie szpitalne – po wykluczeniu epilepsji była mowa o operacji usunięcia zakrzepu w mózgu. Według relacji Kazimierza Domańskiego operacja nie była potrzebna, bo uzdrowiła go Matka Boska. – Przyszła do mnie w noc poprzedzającą operację, położyła na mnie ręce i powiedziała: „Synu, wstań, jesteś zdrów. Ja ciebie uzdrowiłam. I ty czyń to chorym ludziom. Masz tę łaskę od Jezusa Chrystusa, mojego syna, i ode mnie”. Domański wstał, zaczął chodzić. Półtora roku później obwieści światu, że w altance na działce objawiła mu się Matka Boska. Gdy o oławskich działkach głośno zrobiło się w całym kraju, ludzie poważnie zaczęli obawiać się zadeptania miasta. Tysiące pielgrzymów, setki autokarów i samochodów osobowych. A czasy nie były lekkie, bo to 1983 rok. Tymczasem – jak potem skrzętnie podliczono – każdego miesiąca realizowano w Oławie około 5 tysięcy kartek żywnościowych więcej, niż było mieszkańców. Działkowcy kierowali do władz miejskich protest za protestem, bo ich ogródki był regularnie zanieczyszczane i niszczone. Konieczna stała się natychmiastowa budowa sanitariatów i parkingu. Taksówkarze protestowali, że specjalnie uruchomione połączenie autobusowe z dworca PKP na działki zabiera im chleb. Byli jednak i tacy, którzy dla łatwego zarobku wozili pielgrzymów do altanki okrężną drogą przez okoliczne wioski, aż milicja interweniowała w tej sprawie. Wielu niedoszłych biznesmenów było poważnie rozgoryczonych, bo nie dostali zgody na budowę w tym miejscu pawilonów gastronomicznych, kiosków z kwiatami, czy choćby na handel herbatą.Na fot. Kazimierz Domański (autor zdjęcia Andrzej Winiarz)

Niech pan Matce Boskiej zaproponuje…

Mieszkaniec Oławy znalazł na strychu i przyniósł do gazety stenogram rozmowy, jaką zastępca szefa Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Oławie Jan Roskosz przeprowadził z Kazimierzem Domańskim 27 stycznia 1984, czyli zaledwie parę miesięcy po tym, jak oławianin ogłosił, że objawiła mu się Matka Boska.

JAN ROSKOSZ: – Pan zdaje sobie sprawę, że to wszystko jest takie trochę dziwne, cała ta sytuacja, że objawiła się panu Matka Boska. Zjeżdża tutaj mnóstwo ludzi. Miejsce jest jakoś tak nieszczęśliwie wybrane, że zagraża niebezpieczeństwu – blisko tory…

KAZIMIERZ DOMAŃSKI: – Ja właśnie dlatego mówię ludziom, żeby uważali i ludzie mają zwrócić się do urzędu miasta.

– Ale proszę pana, tam nie ma ani ubikacji, ani szaletów żadnych, zanieczyszczają działki.

– Nie, na razie nie ma. W dwóch miejscach pozwolono pójść do tego, do ubikacji, a ja zrobiłem ubikację drewnianą. Ja u siebie zrobił, ale teraz mają zrobić szambo, takie na cztery przedziały.

– A pan nie może przenieść tych praktyk do kościoła?

– To bym musiał porozmawiać po prostu z księdzem bezpośrednio. On to musi do kurii zgłosić, żeby jakoś przenieść. Można by było przenieść, czemu nie. Na ten temat nie rozmawiałem.

– Mieliby dach nad głową, ławki, gdzie usiąść…

– No, nie wiem, tam jest polecenie, że kaplica ma być na tym miejscu.

– Jak to ma być kaplica?

– Wybudowana.

– Ale kto o tym stanowił?

– Proszę?

– Kto o tym stanowił?

– Matka Boża dała polecenie takie.

– Komu dała polecenie?

– Mnie powiedziała. Na tym miejscu, powiedziała, ma być kaplica wybudowana.

– No, ale czy pan jest władny, żeby budować kaplicę. Jest pan fachowcem?

– Nie, ja nie.

– No, a kto to ma budować?

– Po prostu zgłaszam do proboszcza, proboszcz do urzędu miasta i wtenczas, czy będzie pozwolenie, czy nie. To są takie sprawy…

– No, bo jest decyzja władz o lokalizacji nowego kościoła i nie ma potrzeby budowy tam kaplicy. Księża twierdzą, że zagraża to bezpieczeństwu, to blisko torów, no miejsce nieszczęśliwie wybrane. (…) A jakby pan to przeniósł do kościoła, te praktyki?

– Dobrze, to od razu pójdę do proboszcza i powiem mu, żeby przenieść to do kościoła.

– Oczywiście. I tam będą mogli składać ofiary i ksiądz będzie zadowolony, bo tam są skarbonki.

– To już mnie nie obchodzi. Bo ja jestem na to nastawiony, że ja pieniędzy nie brałem i nie będę brał.

– Ale będą przynosić kwiaty, świece. Od razu będą tam zostawiać w kościele.

– Tak.

– I miejsce jest adekwatne. Jak już Matka Boska panu kazała…

– Bo tak jest.

– Ile razu się panu objawiła?

– Pięć razy. I tak po prostu za drugim i trzecim powiadała, że na tym miejscu powinna powstać kaplica.

– Ale może Matka Boska nie wie, że tam jest już lokalizacja wyznaczona. A pan nie może rozmawiać z Matką Boską i powiedzieć, żeby pozwoliła panu do kościoła iść i tam praktykować?

– Czemu nie. Można tak też porozmawiać.

– No, to niech pan powie Matce Bożej…

– Teraz ma być objawienie. Nie powiedziała, którego dnia, bo nigdy nie mówi, ale w lutym ma być. Po prostu przekażę, żeby to było w kościele.

– Są parkingi wokół kościoła…

– Tak, tak, to nawet dobrze, że tu się znalazłem. Nieraz człowiek tak myśli, żeby żadnego wypadku nie było. Ja o tym cały czas myślę.

– Pan byłby moralnie odpowiedzialny za to…

– Tak.

– A proszę pana, jak się buduje kościół, to w bocznej nawie można zrobić kaplicę poświęconą właśnie temu wydarzeniu. I pan by miał tam swoją kaplicę w tym nowo wybudowanym kościele, a na razie mógłby pan przyjmować w jednym czy drugim.

(…)

– Ale widzi pan, to jest taka sprawa. Bo te objawienia miałem na działce. Matka Boska dała polecenie, że na tym miejscu ma być kaplica i ja to polecenie wykonuję.

– No to dała polecenie panu, a sąsiadom nie dała tego polecenia i oni nie chcą zrezygnować z tych działek.

– No nie. To przecież nie jest przymusowe.

– Ale czy pan by się lepiej nie czuł, gdyby takie miejsce przyjmowania pacjentów było w kościele? Jak pan jest tym wybrańcem Matki Boskiej, to niech pan przyjmuje w kościele. Niech ksiądz, jeśli uzna za słuszne, zezwala panu na takie coś. (…) To nawet nie jest eleganckie miejsce na działce w altance. Krzyż tam wisi. To jest profanacja dla tego znaku, dla wiernych, którzy wierzą w to w takim miejscu. No i jak pan sobie to wyobraża? Krzyż, altanka, tam ołtarz, a nasrane wkoło!

– No tak, ale na razie powiesiłem nie mój krzyż.

– Ale ludzie swoje potrzeby załatwiają…

– Dobrze, będę się starał.

– Czy pan widział, żeby koło kościoła było gdzieś nasrane, czy żeby ludzie sikali jak koło pijalni piwa? Przecież to Matka Boska może się obrazić na pana. Niech pan Matce Boskiej zasugeruje…

– Od razu powiem, jak jest.

– No, bo w końcu ktoś będzie miał pretensje do pana i zabroni panu dokonywania tych praktyk leczenia. No, bo pan nie może być problemem dla miasta. Zdaje pan sobie sprawę z tego?

– Tak.

– Będzie pan przysparzał problem naczelnikowi miasta, w tym różnym służbom, potem milicji, bo będą złodzieje, kradzieże, spekulują tam już tymi miejscami, za odstępstwo biorą pieniądze, za wpuszczanie…

– Nie, nie. Jest tam porządek, od nikogo nie biorą pieniędzy.

(…)

– A pan wie, jak ludzie pana znienawidzą, zaciągną pana do sądu i będą pana okpiwać, i będą z pana szydzić?

– Ja nie chcę iść do sądu. Ja jeszcze nie byłem w sądzie i po prostu nie byłem jeszcze karany.

– Przecież nie wszyscy wierzą w to, co pan mówi.

– Tak, ja wiem, ale nieraz jak rozmawiamy, to ja mówię, jakie są sprawy. Po prostu z każdym chcę żyć dobrze.

– No, pan chyba nie wyczuwa żadnej złośliwości z naszej strony, prawda?

– Nie.

– My pana nie atakujemy, tylko po prostu rozmawiamy, zwracamy uwagę na problemy…

– Ja się spodziewałem, że do urzędu będę wzywany, czy tutaj, na komendę. Władze muszą wiedzieć, co jest w mieście, tak.

– No i porządek musi być!

– No i porządek musi być, ja to wiem.

– Bo jak pan sobie wyobraża wypoczynek pańskich sąsiadów na działce? Bo będzie się chciał rozebrać, będzie chciał się opalać, umyć sobie plecy, no i inne tam sprawy, a tu nie będzie można, bo jest kupa ludzi, którzy stoją godzinami i patrzą na to. No, jak by się pan czuł na działce, jakby pana obserwowali jak małpę.

– Dobrze, zaraz pójdę do księdza. Muszę pójść na wieczór, bo oni dzisiaj po kolędzie chodzą. A wieczorem pójdę, porozmawiam, powiem, jaka jest sytuacja.

– Niech mu pan powie, że Matka Boska powiedziała, żeby pan się przeniósł do kościoła, a proboszcz, jak panu nie wyrazi zgody, to będzie w konflikcie z Matką Bożą, straci łaskę u niej.

– A to mnie może Matka Boża ukarać!

– Jak to? Jeśli pana wybrała, to pana nie będzie karać.

– Ale dlaczego? Może ukarać mnie jakąś chorobą.

– Jaką chorobą? Pan jest jej wybrańcem, to jaką panu da chorobę? Niech pan z Matką Boską rozmawia, powie, jakie są problemy i niech Matka Boska panu tak każe, żeby pan budował tę kaplicę i miał ją w nowym kościele, bo to jest miejsce święte i tam to powinno być. A nie na takich działkach, gdzie naokoło nasrane będzie i wszyscy ludzie będą na pana tylko krzywo patrzeć, będą ginęli w wypadkach. Jeszcze do tego nie doszło.

– I lepiej, żeby nie doszło.

– Bo jak dojdzie, to wtedy zaczniemy coś robić.

– Lepiej, żeby tego nie było.

– Po to są szlabany na przejazdach, bo były wypadki. Jak nie było wypadków, nie było szlabanów. A teraz pan będzie przenosił miejsce praktyk, jak będzie ludzka tragedia. No czeka pan na to?

– Nie czekam.

– Bo chyba nie jest intencją Matki Bożej ani pana, by…

– Nie. Nie. Po prostu nikt nie czyha na czyjąś śmierć.

– I z jednej strony będzie pan uzdrawiał, a potem pan będzie przyczyną tego, że będą ginąć.

– Każdy chce żyć.

– A taki autokar potężny stanie na drodze, pociąg będzie pędził i huknie, i kupę tragedii, i sprzętu naniszczy. I co wtedy będzie? I wtedy pana wezwą i zamkną. O, taka będzie konsekwencja.

– Tak, wiem o tym.

– Bo jakby pana tam nie było, to nie byłoby tragedii. A do kościoła? Kościół jest bezpieczny, ludzie mają dach nad głową, wszystko jest rozwiązane, wokół można pójść do restauracji, z ubikacji skorzystać.

– Ale to, co pan mówi, że już bułki chcieli sprzedawać, to nie.

– No tak, co pan myśli? Wszyscy ludzie chcą żerować na jakimś tam Domańskim, który, jak mówią, wygłupia się, ale mają okazję zarobić. Co pan myśli, że pana oceniają wszyscy jako normalnego człowieka?

– Nie, wiem, że są tacy ludzie, którzy powiedzą, że jestem nienormalny.

– No i tak mówią. (…) Ale czekaj pan, jak z tymi objawieniami?

– Po prostu przychodzi wtenczas Matka Boża. Od początku to ja się spodziewam tego objawienia.

– Ale ludzie są wtedy?

– Nie było ich wtedy. Znaki widzieli nad altanką. Promienie takie…

– Ludzie widzieli?

– Tak. Po prostu przychodzą ludzie i mówią, że widzieli. Po tym wszystkim. Ale jak jest objawienie, to nigdy nie ma w altance nikogo.

– No, bo jak się drzwi otworzą, a się świeczki palą, to ta łuna zaświeca i nad altaną widać.

– Jak się dwie świeczki palą, to łuna nie pójdzie aż nad altanę.

– Czemu? Jak jest mgła, to zawsze widać. Widać to na cmentarzach, jak się świeczki palą, to jest łuna.

– Ale wtenczas, jak jest takie objawienie, to nawet mogą się świeczki nie palić. Bo nie zdążę po prostu. Jest wiele razy tak, że świeczek nie świecę. (…)

– A może panu ktoś kazał, żeby pan postawił krzyż i praktykował, żeby tam wybudowali kaplicę?

– Nie, to nie tak. Polecenie dała mi Matka Boża i ja to wykonywał, ale tak, żeby mnie ktoś narzucał, to nie. To ja nigdy bym się nie zgodził.

– Ile pan ma tych uzdrowień?

– 1660.

– Na jakie choroby?

– Tak jak mówiłem, na wszystkie choroby. Na kręgosłup, na wrzody, na raka, na egzemę. Na choroby padaczkowe, na lęki. Jedna z dzieckiem pięć lat do lekarza jeździła i dziecko normalnie, jak przyszło do altanki, to ja się sam nastraszyłem, bo nie wiedziałem, co jest. Po prostu uszy musiałem zatkać. Po drugim razie wyszła – koniec. Dziecko zdrowe, chodzi, nic nie ma. Ja sam mam matkę, ma 77 lat, też ma żylaki, to normalne. 10-15 lat ta kobita się leczyła na te rany. I lekarz mówił, co ja poradzę, to już tak będzie. Przyszła raz, tylko jej taka skórka zarosła i ani znaku nie ma.

– Ale są tacy, co byli u pana i nic nie pomagało.

– Tak.

– Czemu?

– A Harris pomoże wszystkim?

– No, Harris nie jest natchniony przez Matkę Bożą.

– To nic. To trzeba mieć łaskę, żeby ktoś uzdrowiony był.

– Jakie łaski?

– Matka Boża powiedziała, że kto będzie silny w wiarę, będzie uzdrowiony. Każdy w coś wierzy. Po prostu jest skupiony na tym, że może być uzdrowiony. To siłę daje i uzdrowiony jest.

– No, ale panu nie jest głupio, jak się z pana śmieją?

– Ze mnie na pewno nie będą się śmiali.

– Ale śmieją się!

– No to niech się śmieją. Ale on się później przekona jeden z drugim.

– Jak się przekona?

– Był już taki jeden, że się śmiał. Ale później przyjdzie na próbę. Jak go dotknę, on cały jakiś taki wzruszony. I sam później przychodzi i mówi, że inni się śmieją. Ja nikogo nie posądzam. Śmiał się, niech się śmieje. Ale później wyjdzie na moje, że jednak on może nie miał racji.

– No to co, umawiamy się panie Domański, że pójdzie pan do proboszcza i…

– Pójdę, pójdę…

– Ale musi pan odstąpić od budowy tej kaplicy tam.

– No, to jest…

– Niech w kościele budują!

– Ale to dobrze…

– Niech pan Matce Boskiej zaproponuje.

– Ja mówię, że teraz powiem, jak będzie objawienie. Jak będzie, to ja przyjdę i wam powiem, jak tam. Dobrze, umawiamy się.

Tysiące (fot. 9)

8 grudnia 1985 roku, jak skrupulatnie podliczyła milicja, 35-tysięczna Oława powiększyła się o 50 tys. osób, a kasa biletowa sprzedała w tym dniu ponad 30 tys. biletów. Ponieważ wielu pielgrzymów wędrowało na działki wzdłuż linii kolejowej (altanka jest ok.100 metrów od torów) pociągi dalekobieżne trzeba było puszczać inną trasą – tłum wiernych skutecznie uniemożliwiał przejazd.

Domański zapowiedział, że kolejne objawienie będzie 1 stycznia, więc w noc sylwestrową Oława przeżyła następny najazd pielgrzymów. W Nowy Rok można było naliczyć w okolicach działek ponad 100 autobusów i około 400 samochodów osobowych. Większość nie mieściła się na parkingach. Służby porządkowe zatrzymywały auta już w Brzegu i pobliskich wioskach. Ponownie na oławską stację wjeżdżały specjalne pociągi, które wywoziły wiernych.

Pożywka

Temat objawień oławskich szybko stał się znakomitą pożywką dla dziennikarzy. Wszyscy chcieli zamieścić coś o Domańskim. Choćby i powtarzane pod altanką plotki.

– Przyjechała w nocy milicja, mówią ludzie, i chciała podpalić altankę, lecz nic z tego nie wyszło – zanotował Roman Przeciszewski”Polityki”. – Matka Boska czuwała. Dwóch funkcjonariuszy zostało poparzonych i znalazło się w szpitalu, a następnego dnia wierni zgrabili w miejscu cudu półtora kilo zapałek. Innym razem w biały dzień zajechały pod altankę cztery milicyjne nyski. – Wychodź pan, panie Domański – krzyknięto. – Wyjdę sam, tylko nie używajcie siły – zastrzegł. I co? Wchodził kolejno do każdego samochodu i żaden nie mógł ruszyć z miejsca. Ściągnięto wobec tego czołg. Domański wszedł przez właz do środka i w tym samym momencie pękły gąsienice stalowego kolosa. Nie mógł się z tym pogodzić ani komendant milicji, ani też sekretarz partii. Zjawili się na działkach służbowym fiatem. – Prosimy, panie Domański, do nas – zaczęli grzecznie. Domański niby nic, bez gniewu, raz jeszcze zajął miejsce w samochodzie. Efekt podobny – ruszyć z miejsca nie mogli. – A widzicie, bluźniercy?! – powiedział pan Kazimierz. Tego już wystarczyło. I komendant, i sekretarz pojechali wprost do kościoła, gdzie pod krzyżem leżeli bite dwie godziny.

Na działkach

Co drugi samochód przyjeżdżał do Domańskiego nielegalnie. Kierowca karetki pogotowia ratunkowego z Brzegu przywiózł na działkę swojego chorego ojca, wozem bojowym straży pożarnej z województwa opolskiego przyjechały do altanki dwie rodziny, „nauka jazdy” z Dzierżoniowa przywiozła kilku pracowników. Milicjanci cały czas mieli wiele pracy, sypały się mandaty.

Zasłabnięć i omdleń nie sposób było policzyć. Nie wszystkim udawało się wytrzymać w długiej kolejce do altanki. A stać trzeba było czasem i całą dobę.

Poniżej zdjęcia autorstwa Artura Zdrala

Fot. Artur Zdral

W lutym 1986 zmarł w kolejce Stanisław K., w marcu Józef D., a na pobliskich torach śmierć zabrała kolejne dwie osoby. Wierni jednak nie zważali na chaos i przeszkody. Zakłady pracy, parafie i biura turystyczne organizowały specjalne wyjazdy autokarowe do Kazimierza Domańskiego. Malutkie Biuro Obsługi Ruchu Turystycznego w Trzciance ogłosiło kilku cudownie uzdrowionych, po czym zorganizowało kilkadziesiąt kursów na działki. Najwięcej autobusów przyjeżdżało z zamojskiego, gdy tamtejszy ksiądz wprost z ambony ogłosił, że w Oławie uzdrawia Matka Boska.

Domański w tym czasie nadal dotykał chorych dłonią i mówił: – Niech Matka Boża błogosławi i uzdrowi. Panie Jezu pobłogosław. I tak cały dzień, czasem całą noc. Po kilkunastu miesiącach liczba tych, którzy usłyszeli te słowa, sięgnęła – jak obliczał sam Domański pod koniec 1984 roku – pół miliona osób.

W druku ukazały się teksty orędzi Matki Boskiej Oławskiej. Przy okazji podawano, ilu wiernych było już cudownie uzdrowionych. 16 lipca 1986 Domański ogłosił, że jest ich dokładnie 51.080

Droga

Aby ze stacji PKP dotrzeć do altanki Domańskiego, trzeba przejść przez oławski park. Pielgrzymi strzałkami na pniach oznaczyli sobie stałą trasę. Drogę do miejsca cudu zwykle pokonywali wolno, w rytm modlitw i pieśni, jakie intonował przewodnik grupy. Po pewnym czasie sama droga na działki zaczęła nabierać kultowego znaczenia.

Na niektórych drzewach pojawiły się kapliczki, które jednak szybko ktoś usunął. Potem wierni zawiesili na pniu tabliczkę z informacją, że to jest „Aleja Najświętszej Marii Panny”. I ją także ktoś zabrał. Ale pielgrzymi byli uparci. Po kilku dniach zaczepili na drzewach obrazy z Drogą Krzyżową. Nie wisiały długo, co jednak nie zniechęciło pątników – na „świętych” drzewach wkrótce pojawiały się maleńkie repliki obrazów poprzedniej Drogi Krzyżowej. Po jakimś czasie i te miniaturowe oznaki sakralności zaginęły. To jednak nie koniec. Wtajemniczeni pielgrzymi doraźnie zaznaczali kredą wybrane drzewa, prowadzące na działkę, a po jakimś czasie na stare miejsce po raz kolejny wracały obrazki Drogi Krzyżowej – tym razem wielkości kart pocztowych. I one nie wisiały za długo, bo przecież walka trwała. Ostatecznie na „świętych” drzewach zawisły metalowe proste krzyżyki, mocno przybite gwoździami. Skoro jednak i one nie wytrzymały próby, pielgrzym dali za wygraną. Po prostu zapamiętywali, przy którym drzewie trzeba było się zatrzymać na kolejną modlitwę.

Alejka parkowa również stała się bohaterką opowieści, przekazywanej sobie z ust do ust. Otóż pewnego razu – jak powiadali – grupa pielgrzymów zabłądziła wieczorem i długo błąkała się po oławskim parku. Gdy wierni powoli tracili wiarę, że odnajdą właściwą drogę do Domańskiego, nagle ujrzeli „śliczną panią”. Srebrzystą poświatą wskazała im kierunek do altanki, potem zniknęła, srebrzysty proszek na drodze i na liściach pozostał. Pątnicy nie przegapili takiej okazji – po jakimś czasie wielu odwiedzających Domańskiego dźwigało pod pachą woreczki z „cudowną ziemią” i pęki liści osrebrzonych nieziemskim pyłem. I rzeczywiście, liście srebrzyły się w mocniejszym słońcu. Wszystkie alejki w parku zachowywały się podobnie – taka jest cecha wysypanego żwiru. A srebrzyste liście? Wystarczył większy deszcz, by wszystko wokół ścieżek naprawdę błyszczało w słońcu.

Budowa nie wyszła

Już od pierwszych dni tzw. oławskich objawień Matka Boska – jak powtarzał Domański – apelowała o budowę w tym miejscu kaplicy Bożego Pokoju. Wezwanie skwapliwie podchwycono i wiele osób podpisało się na podaniu do Urzędu Miejskiego w Oławie z prośbą o pozwolenie na rozpoczęcie budowy. Niestety, odpowiedź była odmowna. Rozgoryczeni decyzją przyszli na działkę i pod osłoną nocy wykopali rowy pod fundamenty i przygotowali konstrukcję. Cały wysiłek poszedł jednak na marne. Nazajutrz rowy były zasypane, konstrukcja zniszczona.

Domański wysłał pismo do wojewody i do władz kościelnych. Poparł je setkami listów od zwolenników budowy kaplicy. Wszystko na nic.

Uzdrawia

Informacje o cudownych uzdrowieniach nadal promieniowały z Oławy. Społeczna służba porządkowa pilnowała, aby przed altankę najpierw wpuszczać starców i dzieci. Zapewne wtedy właśnie powstała historia o kobiecie, która bardzo się śpieszyła, więc przed działkami położono ją na kocu i jako obłożnie chorą przeniesiono pod altankę. Gdy Domański zrobił swoje, ona zeskoczyła z koca i pobiegła do taksówki. Reakcja tłumu mogła być tylko jedna – cud! Prawdziwy cud!

Domański od początku gromadził wszelkie zapiski dziękczynne za uratowanie zdrowia. Był nawet specjalny zeszyt z dowodami uzdrowicielskiej mocy, jaką dysponował.

– Byłam bardzo chora – wpisała się Helena L. – Miałam skierowanie na klinikę do Opola, na operację. W altance zostałam pobłogosławiona. Po powrocie do domu dolegliwości ustąpiły. Już nie muszę iść na operację. Jestem bardzo szczęśliwa.

Tymczasem władze kościelne w dalszym ciągu oficjalnie nie zabierały głosu. Ograniczyły się do tego, że poszczególni biskupi zabraniali swoim księżom przebywać na terenie działek. Ci jednak przyjeżdżali często, czasem w cywilnych ubraniach. Spowiadali, intonowali pieśni, zachęcali do modlitw, udzielali komunii. Bardziej odważni łamali zakazy i odprawiali msze.

Taśma

W listopadzie 1985, gdy pierwsza fala zainteresowania oławskim cudem już nieco opadła, Domański ogłosił, że Matka Boska pozwoliła nagrać swój głos na taśmę magnetofonową. Wieść o tym wydarzeniu rozprzestrzeniała się błyskawicznie i do Oławy znów ściągnęły tysiące pątników. Wszyscy chcieli usłyszeć głos z Nieba. Od tej pory w spotkaniach przy magnetofonie brało udział coraz więcej osób. Główną bohaterką była 21-letnia Krystynka, przez którą podczas publicznej ekstazy „przemawiała” Matka Boska.

– To dlatego, aby ludziom łatwiej było zrozumieć i zaakceptować orędzia Matki Najświętszej, przekazywane przez Domańskiego – wspomina jedna z uczestniczek tych spotkań. – Krystynka stała się obiektem mściwej szatańskiej nienawiści w ludziach, poniżenia, prześladowań, drwiny i wzgardy. Dzieci wołały za nią na ulicach, że oto „idzie Matka Boża”. Trudno było zrozumieć ludziom, nieznającym orędzi z Fatimy, że Królowa Nieba i Ziemi płacze z miłości, jak zwykła kobieta i matka nad nieposłusznymi dziećmi, które bardzo kocha, a które działają na własną zgubę. A Matka Najświętsza prosiła w orędziu z Oławy, jak kiedyś w orędziu z Fatimy, i ostrzegała: Ludzie! Dokąd pędzicie? Zbliża się straszna wojna, trzecia światowa. Będziecie chodzić po ulicach jak żywe trupy. Dzieciom wypływać będą oczy.
Na taśmie, rozprowadzanej wówczas pod działkami, wyraźnie słychać szlochający głos kobiecy: – W dniu mego święta 8 grudnia 1985 roku przez to dziecko objawiam wam zwycięstwo mego serca w tym kraju. Dwa tysiące lat czekałam. Dzieci! Zwyciężyłam! Polska jest moja. Moja! Przyszłam tutaj dziś, aby objawić wam moją wolę względem waszej ojczyzny. Bóg Ojciec wybrał sobie Polskę na nowy Izrael. A to dziecko ma być iskrą, która wyjdzie i podpali cały świat. Trzy tygodnie walczyłam z szatanem. Trzy tygodnie – i jest moja… Nigdy żadna dusza nie była tak moja, jak ona. Masoneria uczyni wszystko, aby cię zniszczyć, ale ze mną jeszcze nikt nie wygrał. Ja – Niepokalana – żądam, aby w waszym kraju zniesiono ustawę o przerywaniu ciąży. Jeśli tego nie uczynicie, wasz kraj zostanie zburzony. Dzieci moje, nie pozwólcie, aby profanowano mego Syna w kościołach, by podawano komunię na stojąco i na ręce, bo tak też jest w waszym kraju. Pomóżcie mi!

Głos z taśmy mówił dalej, że na działkach niedługo będą wybudowane cztery klasztory, drukarnia, dom pielgrzyma i dwa sanktuaria, a Oława będzie nową Fatimą, Jerozolimą.

Pod koniec taśmy prośba: – Chcę, by do końca grudnia trwały Jerycha. Obiecuję wam pogodę. Chcę, żeby były Jerycha za Ojca Świętego, bo będzie zamach. Chcę – ja Jezus Chrystus – aby tutaj nie przegrywano taśm. Zabraniam tego czynić.

O ile prośbę dotyczącą Jerycha spełniono – wierni modlili się nocami, koczując na działkach – to drugiej spełnić nie chcieli. W kilka dni po ogłoszeniu wieści o nagraniu magnetofonowym przed działkami pojawiły się kasety. – Głos Matki Boskiej za jedyne 2 tysiące złotych! – zachęcali głośno sprzedający. Na brak klientów nie narzekali.

Głośna była historia, jak to na taśmie początkowo nie było słychać przejeżdżających w pobliżu pociągów. Na uwagę, że coś tu jest nie tak, sprzedawcy obruszali się. Jednak kolejna dostawa kaset z „głosem Matki Boskiej” już miała odgłosu pociągu.

Fot. Jerzy Kamiński

Drukiem

Oławskie objawienia, choć nieuznawane przez Kościół, od razu trafiły na karty specyficznej literatury religijnej. Pierwsze druczki, opisujące zdarzenia, wyszły spod pióra samego Domańskiego. Tekst „objawienia” ukazywał się wtedy raz lub dwa razy w miesiącu. Mieścił się zwykle na jednej, dwóch stronach maszynopisu. Pierwszych 35 druczków zebrano w broszurce „Niebieska Królowa Pokoju apeluje z Oławy do Polski i świata”.

Wszystkie teksty pisane były bardzo schematycznie. Zaczynały się opisem przybycia Domańskiego na działkę. Potem był tekst modlitwy, podczas której „zjawiała” się Matka Boska. – Ubrana była w szatę niebieską, suknię białą, a biodra miała przepasane niebieską szarfą – opisywał Domański. – Z ręki zwisał długi, jasny różaniec. Głowa otoczona blaskiem, układającym się w formie promieni, które zdobią monstrancję. Brzegi nakrycia głowy były jasnozłociste, iskrzące. Podobnie jak w poprzednich objawieniach, twarz Matki Bożej przypominała twarz z obrazu Pani Jasnogórskiej…”

Jerzy Kamiński

Fot. Władysław Jakubowicz

(ck)

Książka „INNI ludzie powiatu oławskiego” (tom II) – prawda o oławskich objawieniach i inne historie – do kupienia w redakcji „Gazety Powiatowej” przy ulicy Chrobrego 19 lub na allegro: http://allegro.pl/olawa-inni-ludzie-powiatu-olawskiego-tom-ii-i6829310025.html

Kategoria artykułu: Historia

Tagi: , , , , , , , , , ,

reklama

Komentarzy (29)

    • Każdy wierzy w to i w kogo chce. Jak ci się nie podoba, to nie komentuj 🙂 przypominam, że to w głównej mierze wiara sprawiła, że żyjesz. Za czasów wszystkich tych wojen, okupacji, to wiara podnosila żołnierzy i spoleczenstwo na duchu w chwili zwątpienia. Dalej twierdzisz, że oglupia ludzi?

      Możesz być ateistą, czy kim tam sobie chcesz być. Twój wybór. Ale szanuj uczucia innych 🙂 czasami warto ugryźć się w język, po to, aby nie zrobić komuś przykrości. A jeżeli robisz to z premedytacją, dla funu – to szczerze mi Cię żal.

      Pozdrawiam.

      Zgłoś naruszenie regulaminu

      Komentarz
      • Tomasz z Chrobrego

        Ciekawe, co byś powiedział/a, gdybym np. burmistrz Oławy (skądinąd zupełnie zdrowy człowiek) stwierdził nagle, że wierzy, że jest Juliuszem Cezarem albo Napoleonem, ale nadal zachowywałby się normalnie. Jakbyś zareagował/a? Mamy do czynienia z żartem czy chorobą psychiczną?

        Zgłoś naruszenie regulaminu

        Komentarz
        • Nie sądzę, żeby wiara była chorobą psychiczną. Czyli wg ciebie powinni zamknąć w zakładach psychiatrycznych 80% ludności na całym świece? Czy tylko chrześcijaństwo jest chorobą psychiczną a buddyzm, islam już nie?

          Twój przykład jest żenujący 🙂 równy temu: kowalska nie przynależała do żadnej partii, nagle stwiedzila ze jest lewakiem, donosi na Ciebie i na Polske Pani Merkel oraz innym instytucją – widzisz to. Jest zdrajcą? 🙂

          chcesz czy je chcesz i tak żyjesz według przykazań kościelnych, więc co za tym idzie jesteś chrześcijaninem. Nawet o tym nie wiesz 🙂
          Przykład: nie zabijaj, czcij ojca swego i matkę swoją….

          Zgłoś naruszenie regulaminu

          Komentarz
    • Zadaj lepiej pytanie ilu z tych wierzących bilię przeczytało, a do tego dodaj pytanie pomocnicze ilu z tych czytających ją zrozumiało. Domański to była jedna wielka machina do zbierania kasy, złota i innych kosztowności. Akurat znam to trochę od formy organizacyjnej i od porządkowych, ktorzy w tamtym czasie nie wiedzieli u kogo worki z kasą i biżuterią ukrywać.

      Zgłoś naruszenie regulaminu

      Komentarz
  1. A ja mam do dziś tasiemki do podwiązywania pomidorów, które Matka Boska przyniosła Domańskiemu. Zastanawiam się czy nie oddać ich do kaplicy przy działkach, aby w ramy oprawić i wystawić do uwielbiania…

    A propos Matki Boskiej. Mam też znajomego Rysiek Bosek. I tak się zastanawiałem jak nazwać jego matkę…?

    Zgłoś naruszenie regulaminu

    Komentarz

Odpowiedz na: Maniek

Anuluj odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.