Lew nad Oławą – 2 września 1939

Atak na Polskę rozpoczął II wojnę światową. Nasza wojna obronna, zwana kampanią wrześniową, przeszła do historii jako pasmo nierównej, ale twardej i bohaterskiej walki. Napadli na nas Niemcy, Związek Sowiecki i Słowacja. Ważne wydarzenia czasem pozostają nieznane, niektóre są odkrywane dopiero teraz. Historia wrześniowego nalotu na Oławę nie została napisana „do końca”. Przed nami poszukiwania w niemieckich archiwach. Dzisiaj powracamy do legendarnego nalotu, który opisywaliśmy już na łamach „GP-WO” w 1996 roku. Dzielimy się nowymi informacjami i przede wszystkim zdjęciami, związanymi z piękną historią, w której samotny polski „Karaś” dociera nad Oławę i bombarduje fabrykę

Oława
Z kart historii

Poszukiwania

Nie wiemy, gdzie spadły w Oławie polskie bomby. Odpowiedzi trzeba szukać w niemieckich archiwach. Nikt z Polski nie odnalazł (tajnego?) niemieckiego meldunku o tym wydarzeniu, a taki raport na pewno gdzieś się zachował. A może było inaczej? Może w wyniku pomyłki nawigacyjnej zbombardowano jakieś inne miasto, np. pobliski Brzeg? Na razie brak niemieckich materialnych dowodów w sprawie. Pytani o nalot dawni oławianie niewiele pamiętają. Ich relacje są bardzo ogólne. Pewne jest natomiast bohaterstwo lotników i ofiara, jaką ponieśli w pierwszych dniach września.
Popularne portale internetowe stale zamieszczają dziesiątki „nowych” zdjęć, wykonywanych przez niemieckich żołnierzy utrwalających swoje „przygody” na froncie. W 1939 roku bardzo wielu niemieckich żołnierzy miało w plecaku aparat, popularną „Leicę”, i utrwalało na kliszy fragmenty wojny. Dzisiaj wnukowie niemieckich weteranów masowo wyprzedają pamiątki po dziadkach. Cena zdjęć nie jest zbyt wygórowana – najczęściej 1 euro. W przypadku szczególnie ważnych i niezwykłych fotografii – ceny są znacznie wyższe. Dzięki tym zdjęciom zdobywamy wiadomości ważne i niezwykłe, bo naszych polskich fotografii z tego okresu prawie nie ma i już nie będzie. W tym roku pojawiły się kolejne zdjęcia przedstawiające rozbitego „Karasia”, na którym nad Oławą latał plutonowy Wacław Buczyłko. Kilka udało się zakupić, dlatego przypominamy wydarzenie i przede wszystkim – postać tego pilota.

Sobota
2 września 1939

21. eskadra bombowa przeniosła się na czas wojny z Krakowa na lotnisko Wsola (Piastów), 10 km od Radomia. Lot nad Oławą wspominał jeden z lotników eskadry, strzelec samolotowy kpr. Teofil Gara: – Około godziny 3:00 w nocy poderwano ze snu ppor. obs. Bramę, kpr. pil. Obiorka i mnie. Po dłuższej odprawie udaliśmy się do samolotu. Było ciemno i cicho, lekka przyziemna mgła otulała całe lotnisko.  Do kadłuba samolotu – pomiędzy goleniami – przylegało 8 bomb o łącznym tonażu 400 kilogramów. Karabiny maszynowe – pilota typu PWU wz. 33 kaliber 7,9 milimetrów, o szybkostrzelności do 360 strzałów na minutę, jeden z gondoli obserwatora pod kadłubem, drugi na ruchomej podstawie hydraulicznej w ogonie, obsługiwany przez strzelca – załadowane były amunicją. Po naradzie dowódca udzielił pilotowi wskazówek i około godziny 4:00 wykołowaliśmy na start. Pilot przyjął kierunek południowo-zachodni, gwarantujący najdłuższy rozbieg. Ruszyliśmy na pełnych obrotach. Niestety, po około 150 metrach samolot zaczął zbaczać w lewo i zszedł z najdłuższego rozbiegu lotniska. Podskoczył na skraju koniczyny i dalej wpadł na miękka rolę. Prawa goleń załamała się, a następnie uszkodzeniu uległa lewa. Na kikutach goleni sunęliśmy po ziemi około 100 metrów. Załodze nic się nie stało. Samochodem wróciliśmy na lotnisko do innego samolotu, który, także przygotowany do lotu, oczekiwał na starcie.
Po kwadransie wystartowaliśmy ponownie. Około 150 metrów od granicy tego pechowego dla nas lotniska samolot oderwał się od ziemi, „przypadł”, odbił się i spadł na pole ziemniaczane. Na szczęście i tym razem załoga wyszła bez szwanku. Przyczyną tego przymusowego lądowania było pękniecie jednej ze wspornic płozy usztywniającej teleskop (amortyzator), która przy podskokach samolotu zablokowała ster poziomy w chwili jego wychylenia do góry. Znów powróciliśmy na lotnisko.
Stanęliśmy przed obliczem dowódcy eskadry, który zapytał mnie:
– Masz chyba dość na dzisiaj?
– Nie – odpowiedziałem – nie było takiego wypadku w naszej rodzinie. Jeszcze dzisiaj muszę zobaczyć się z Niemcami.
– Dobrze – rzekł dowódca i zapytał, którzy obserwatorzy i piloci polecą na ochotnika. Wystąpił plut. pilot Wacław Buczyłko.
Do skompletowania załogi jeszcze niezbędny był obserwator. Dowódca mierzył wzrokiem stojące załogi w oczekiwaniu na zgłoszenie. Wreszcie rzekł do znajdującego się najbliżej: – Poleci obserwator sierżant podchorąży Stefan Gębicki.
Mechanik rozgrzewał silnik samolotu. Sprawdziłem, czy pod kadłubem wisi pełny ładunek bomb. Byliśmy opóźnieni około 30 minut. Ruszyliśmy szybko na start. Chorągiewka dyżurnego poszła w górę. Pilot włączył pełne obroty i „boosta” nabierał wysokości. Lecieliśmy na wysokości 1100 metrów w kierunku Radomska i Częstochowy. Przed osiągnięciem celu przywitały nas luny pożarów i salwy polskiej artylerii przeciwlotniczej. Dymki z działek otaczały samolot. Pilot obniżył lot do 900 metrów. Lecieliśmy dalej. W polu widzenia zauważyłem stanowiska artylerii wroga. Niemieccy artylerzyści popisywali się, strzelając bez przerwy po przekątnej. Pociski ich były jednak niecelne.
Zeszliśmy do lotu koszącego 100-200 metrów. Niemcy strzelali dalej. Pilot wywijał piruety utrudniając trafienia. Po około 20 minutach zrezygnowaliśmy z dalszych bezowocnych harców, gdyż dymy i mgła osłabiały widoczność.  Z ostatniego skrętu wyszliśmy na zachód. Nabraliśmy wysokości. W kabinie samolotu czuć było spaliny, benzynę i dymy pożarów unoszące się do góry. Lecieliśmy dalej na zachód, by wydostać się z zadymionego terenu i zaczerpnąć świeżego powietrza. Niebo jaśniało. Nastawał dzień. Lot utrzymywaliśmy na niewielkiej wysokości. Lecieliśmy nad lasami, ale nic szczególnego dla naszego balastu (bomb) nie zauważyliśmy, choć znajdowaliśmy się już nad terytorium III Rzeszy.
Podałem pilotowi kartkę z treścią: „Nabierz wysokości do 1300 metrów – ponieważ bomby powinniśmy im zrzucić – najlepiej na jakąś fabrykę. Automat nastawiony na pojedyncze, ale może trzeba będzie wszystkie wyrzucić razem”.
Powróciłem na swoje stanowisko i od tej chwili wypatrywałem na błękicie wrogich myśliwców. Nie orientowaliśmy się, gdzie jesteśmy. W dole z prawej strony zauważyłem miasto. To było Ohlau (Oława). Skoczyłem do radiostacji sprawdzić, czy telefon pokładowy działa. Chwilę później usłyszałem glos pilota Wacka Buczyłko: – Stary, przypnij spadochron, bo mam cel.
Byliśmy na wysokości około 1400 metrów. Pilot wykonał skręt w lewo i dal nurka ku ziemi. Maszyna leciała wprost na dymiące fabryczne kominy. Bomby nasze były celne. Po kilku minutach obiekt został poważnie uszkodzony. Wracaliśmy na lotnisko…”.
Śmiały rajd samotnego polskiego „Karasia” nad terytorium III Rzeszy był wyczynem niezwykłym. Pilot Wacław Buczyłko miał też dużo szczęścia.  Przypadek sprawił, że w okolicy Oławy nie było niemieckich myśliwców – na ziemi i w powietrzu. Tego ranka pułk (ZG 76) Messerschmittów-110, stacjonujący na lotnisku w Marcinkowicach, był wtedy daleko nad celami w Polsce. Przeciwnicy po prostu minęli się w przestworzach. 

Niedziela
3 września 1939

Kolejny dzień wojny i ponownie znowu wielki wysiłek bojowy dzielnych eskadr polskich „Karasi”. Por. Buczyłko, tym razem z inną załogą, startuje do lotu na bombardowanie niemieckich kolumn transportowych na szosie Radomsko – Pławno. Do tego lotu przydzielono im „Karasia” dowódcy eskadry, stąd oprócz godła 21. eskadry (ryczącego lwa) malowanego na kadłubie, samolot miał oznaczenie D-1 na stateczniku pionowym. Niestety, w tym locie Polacy spotkali niemieckie myśliwce, (Messerschmitty 109 D), które rozbiły polską formację. Wrogie samoloty startowały z lotniska w Kamieniu Śląskim na Opolszczyźnie. „Karaś”, samolot pilotowany przez plut. Buczyłkę, został zestrzelony przez dowódcę 3/ZG 2 Oblt. Josefa Kellner-Steinmetz. To było jego pierwsze zwycięstwo.
Warto w całości przytoczyć wspomnienia niemieckiego pilota – Ledwie znaleźliśmy się nad frontem, gdy „Balbo VI” (kryptonim jednostki -przyp. PP) zameldował obecność wroga po lewej. Wydałem mu rozkaz ataku i poprowadziłem eskadrę po szerokim łuku. Wówczas – a nie minęło nawet pól minuty – usłyszałem w słuchawkach: „Balbo VI – melduje zestrzelenie”. Pierwsze zestrzelenie eskadry. W tym samym momencie zobaczyłem drugi brunatny bombowiec, przemykający w dole. To również Polak. Naprzód całą eskadrą. Uderzyłem na niego z góry, a moje serce pracowało tak samo szybko jak silnik. Spojrzałem na siatkę celownika. Jeszcze zbyt daleko na otwarcie ognia. Zbliżyłem się na odległość 100 metrów. Polski tylny strzelec (Mieczysław Mazur – przyp. PP) ostrzeliwuje się ze wszystkich sił. Serie jego pocisków układają się jednak o metr ponad moją kabina, widząc smugowe pociski przyduszam maszynę przez cały czas schodząc niżej. Zbliżam się na odległość 50 metrów, teraz na 30 metrów tuż nad jego kadłubem. Cel staje się wielki i gruby w siatce celownika. Wówczas wystrzeliwuję po dwadzieścia pocisków z każdego karabinu maszynowego i oddaję po sześć strzałów z każdego działka. Seria jest bardzo krótka. Ze zbiornika paliwa polskiej maszyny wydobywa się długi płomień. Podciągam drążek sterowy, przemykając się bardzo blisko nad Polakiem. Prawie go staranowałem. Udaje mi się jeszcze zobaczyć, jak odrzuca osłonę kabiny, jak wypadają z maszyny dwa małe białe worki, a następnie wyskakuje dwóch ludzi. Maszyna rozbija się w dole na ziemi. Eksplodują bomby znajdujące się na jej pokładzie. W mgnieniu oka pozostaje z niej tylko chmura dymu. – Hallo, gratuluję, brawo! – słychać w słuchawkach. Dyscyplina radiowa poszła w kąt. Wszyscy kiwają skrzydłami. Później jednak trzeba jak najszybciej wracać do domu, mamy coraz mniej paliwa.
Niemiec rzeczywiście odniósł zwycięstwo, ale po latach, dysponując znacznie większą ilością relacji, a przede wszystkim wieloma zdjęciami, możemy zweryfikować przytoczony wyżej opis. Niemiecki pilot znacznie przesadził i rozbudował swoja relację, pisząc o katastrofie i eksplozji bomb i paliwa. Trudno jednoznacznie ustalić, dlaczego większość polskich opracowań historycznych podawała, podobnie jak strona niemiecka, że po zabiciu strzelca Mieczysława Mazura, plut. Buczyłko i kpt. Edward Alberti wyskoczyli ze spadochronami. Tak nie było. Wyskoczył jedynie dowódca załogi (Alberti), to wyjaśnia pierwszą część wspomnień Niemca – w ułamku sekundy widział postać i spadochron.  Polski pilot, pomimo że samolot był uszkodzony i płonął, szybko obniżył wysokość i wylądował – na polach wsi Olszynki i Katarzyna, w rejonie Piotrkowa. Poległego Mieczysława Mazura (ur. w 1916 roku plut. podchorąży rezerwy) pochowano na cmentarzu we wsi Olszynki.
Przygotowując niniejszy artykuł, rozmawiałem z najstarszym wnukiem Wacława Buczyłki – Miłoszem Buczyłką. Bohater nalotu na Oławę zmarł w 1988 roku, ale przed śmiercią często powracał wspomnieniami do wydarzeń z września 1939. Według rodzinnych wspomnień, „dziadek Wacek” po ataku Niemca nie wyskoczył ze spadochronem. Wspominał również o uszkodzeniu osłony kabiny – co uniemożliwiło szybkie opuszczenie płonącej maszyny We wspomnieniach Wacława Buczyłki, swoje cudowne ocalenie zawdzięcza – jak mówił – Matce Boskiej. Lądując, modlił się i miał przy sobie różaniec. Po przyziemieniu wypadł z samolotu, odnosząc na szczęście umiarkowane obrażenia, oprócz wcześniejszych poparzeń w płonącej kabinie.  Samolot znajdował się po polskiej stronie frontu, uratowany pilot nie trafił do niewoli, udzielono mu pomocy, wkrótce przedostał się do Rumunii i dalej do Anglii. 

Analiza fotografii

Zachowało się kilkadziesiąt zdjęć „Karasia” plutonowego Buczyłki, oznaczonego symbolem D-1. Zdjęcia były wykonane przez różnych żołnierzy niemieckich – a wiadomo, wszyscy chętnie się fotografowali przy zestrzelonej maszynie z biało-czerwoną szachownicą. Kolejne ujęcia dokumentują powolną późniejszą destrukcję wraku. Analizując dokładnie zdjęcie, widzimy liczne otwory i zniszczenia – co oznacza bliski i celny ostrzał z Messerschmitta. Karaś nie był opancerzony, pilot i dowódca nie zostali postrzeleni, od pocisków osłonił własnym ciałem strzelec Mazur. W. Buczyłko wylądował bez problemu, nawet nie wyłamał podwozia, ale widać że samolot po zatrzymaniu płonął.  Nie było eksplozji bomb i paliwa, widzimy ogon i usterzenie, całe i nieuszkodzone zewnętrze płaty skrzydeł oraz silnik z połamanym śmigłem. W wyniku pożaru skrzydła samoczynnie (podpierane przez golenie podwozia) ustawiły się w pozycji pionowej – na kolejnych zdjęciach są już odwrócone – przewrócili je niemieccy żołnierze. Ostatnie fotografie przedstawiają silnik i przewrócony ogon samolotu, oraz pozostałe części zgromadzone w jednym miejscu – zapewne w celu odwiezienia i złomowania.
O wrześniowym nalocie i dokładnych życiorysach „oławskich” lotników pisaliśmy w „GP-WO” (nr 35/1996). Wszyscy z załogi bombardującej Oławę przeżyli wojnę. Plutonowy Buczyłko, pomimo obrażeń z 3 września, przedostał się do Anglii i był pilotem w dywizjonie 304. Za sterami bombowego „Wellingtona” 28 stycznia 1944 roku zaatakował na kanale La Manche uboota, w wyniku czego niemiecka łódź podwodna została poważnie uszkodzona. Po wojnie wrócił do Polski, zamieszkał w Zakopanem i tam jest pochowany. Jego niezłomna postawa w czasie wojny zasługuje na podkreślenie i upamiętnienie. Być może kiedyś nowa oławska ulica będzie nosiła miano Wacława Buczyłki, albo
„21 Eskadry”.
 

Przemysław Pawłowicz
Fot.: archiwum PP
 

Kategoria artykułu: Historia

reklama

Komentarzy (1)

  1. Andrzej Chalubiński

    Sporo do sprostowania. Samolot z oznakowaniem „D 1” był samolotem dowódcy II Dywizjonu Bombowego Lekkiego.mjr pil. Jana Białego. W dniu 1 września 22 eskadra wraz z dowódcą dywizjonu przeniosła się z lotniska we Wsoli (obecnie Piastów) na lotnisku w Kamieńsku k/ Białobrzegów nad Pilicą. Tak więc lotnicy 21 eskadry nie mogli latać na tym samolocie. Lecąc tym właśnie samolotem poległ dowódca 22 eskadry kpt. pil. Kazimierz Słowiński w dniu 3 września, ale startował z Kamieńska. Cudowne ocalenie za sprawą różańca to też historia nie z tej ziemi Wg Buczułko to wybuchające bomby wyrzuciły go z samolotu i dzięki temu nie zginął. Cóż tu komentować, historia z imienin u cioci. Bardziej wierzę Niemcowi i spadochronowi. 21 Eskadra Bombowa Lekka to kontynuatorka pierwszej bojowej jednostki Polskiego Lotnictwa; Eskadry Lwowskiej która pierwszy lot bojowy wykonała 5 listopada 1918 roku bombardując stanowiska ukraińskie w okolicy Lwowa. Był to pierwszy lot bojowy polskiego lotnictwa w historii.
    Należy weryfikować, szczególnie wspomnienia, bo czasem i pamięć i chęć koloryzacji tworzą mało prawdopodobne historyjki, nikomu nie potrzebne i śmieszne. Pisząc historię od Eskadry Lwowskiej do 21 (1) Eskadry Bombowej Lekkiej, musiałem wiele wspomnień poddać dość surowej weryfikacji, aby znaleźć najbardziej prawdziwy przebieg zdarzeń. Bomby zrzucone na Oławą mogły zostać ukryte przed społecznością niemiecką, choćby dla tego, że psuło to obraz Luftwaffe i zwycięzców . Może jakieś akta policyjne z tego okresu będą śladem tych bomb. Pozdrawiam

    Komentarz Zgłoś naruszenie regulaminu

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.