Nic mi nie mogli zrobić

Jako osiemnastolatek był bity, głodzony i przetrzymywany w karcerze. Za jeden rok marzeń o wolności. Ryszard Sławik, w latach 50. członek tajnej organizacji harcerskiej „Jednostka Sokołów”, krótko podsumowuje czas więzienia: – Mogłem tylko zaciskać zęby. Nie z bohaterstwa. Tak w człowieku jest…

Historia

Od razu rozpoznaję w nim harcerza. Gdy pojawiam się przed furtką domu na przedmieściach Wrocławia, Ryszard Sławik energicznie przemierza głęboki śnieg, otwiera drzwi i szarmancko zaprasza do środka. Gdy siadamy przy małym stoliku i mamy zacząć opowieść, nieustannie żartuje i odpowiada celnymi ripostami. Jestem zaskoczona. Bo przecież… mam spisywać wspomnienia z karceru.

„Moskale zabrali”

Do Laskowic Oławskich (dziś Jelcz-Laskowice) przyjechali w 1945. Ekspatrianci spod Stryja. Właściwie uciekinierzy. Ojciec, Emil Sławik, był naczelnikiem stacji w Piasecznej. Jeszcze za tak zwanych „pierwszych Sowietów” nosił służbowy mundur z guzikami. Srebrnymi, z orzełkiem. Ale w czasie okupacji niemieckiej szerzyły się zbrodnie UPA i on usłyszał od znajomego Ukraińca: – Pane Sławyk… Pan jest porządny człowiek. Z naszych – pana nikt nie ruszy. Ale inni… – ostrzegał. Więc w 1944 roku, gdy Rysiek miał dziesięć lat, rodzina spakowała na wóz skrzynię zrobioną z dębowego stołu, parę krzeseł i trochę jedzenia. W wagonie bydlęcym ruszyli na zachód. Ten, jak się okazało, wcale nie czekał na tak zwanych repatriantów.
Na Śląsku jeszcze trwały walki, więc po tułaczce byli zmuszeni czasowo osiąść w Rudniku nad Sanem. Na swój transport i… dom czekali do czerwca 1945. Wówczas to odjechali z Rzeszowszczyzny pociągiem, który miał zawieźć ich do Wrocławia. Ale 27 kilometrów przed Wrocławiem, w Laskowicach Oławskich, Rosjanie brutalnie zatrzymali skład i wyrzucili ludzi na pole. Potrzebowali wagonów na sprzęt, który rabowali w zakładach Kruppa (później Jelczańskie Zakłady Samochodowe). Sławikowie osiedlili się więc w Laskowicach. Tu mieli oglądać to samo, czego świadkami byli na okupowanych Kresach.
– Po pijaku, nie po pijaku. Na grandę, na chama! – nie przebiera w słowach Sławik. – Nie demontowali urządzeń. Wyrywali. Cięli palnikami.
I „dawaj, dawaj!”. Transport za transportem ze zrabowanym mieniem szedł do ZSRR. Nie oszczędzali także domów prywatnych. Polacy nocami barykadowali się w mieszkaniach. Bo ci wyzwalali ich ze wszystkiego. Nawet z odzieży.
Gdy odjechali Rosjanie, zaczęła się nowa grabież, zwana kolektywizacją wsi. Agitacja, nękanie, szantaż. Po kolei, dzień w dzień, miejscowy aktyw nachodził kresowych rolników. Pod dowództwem gminnego sekretarza PZPR, Józefa Jowsy, mającego opinię, delikatnie mówiąc, nadgorliwca. Ojciec jednego z kolegów Aleksandra Trznadla odmówił objęcia przewodnictwa „kołchozu”, czyli spółdzielni produkcyjnej. Narzucili mu morderczy kontyngent, tak że rodzinie groził głód. Ojciec Ryszarda Sławika miał osobiście chodzić i namawiać do rolniczych spółdzielni produkcyjnych innych kresowiaków, którzy tak jak on, przeżyli na Wschodzie sowiecki porządek. Wzburzony odmówił. O mały włos nie stracił przez to pracy na kolei. – Będę rąbał drzewo, a tam nie pójdę – powiedział. Tak było w wielu domach. Słuchali tego dorastający synowie. I buntowali się.

Synowie w obronie ojców

Jako nastolatki też coraz mocniej odczuwali terror polityczny.
– W szkole najpierw było fajnie – wspomina Sławik podstawówkę. Przez parę miesięcy nawet uczył się języków zachodnich (Ale już nic nie pamiętam! – parska śmiechem). I oczywiście, działała drużyna harcerska, do której się zapisał. Tu spotkał innych chłopaków z Kresów – Franka Sumisławskiego, Bolka Telipa, Olka Trznadla, Mariana Kalicińskiego, Wacka Stramskiego…
– Na zbiórkach też było fajnie – podsumuje po latach. Chłopcy rozmawiali na tematy patriotyczne. Razem z drużynowym Jurkiem Kalińskim chodzili na harcerskie uroczystości do Oławy, gdzie była siedziba hufca. Sławik demonstruje ze śmiechem, jak z wypiętą piersią maszerowali chłopcy z zastępu „Indian”, któremu przewodził. Latem jeździli na obozy. Dwa były skautowe, a trzeci propagandowy. – Z dozorcą – mówi Sławik.
Chłopcy zorientowali się, że jeśli chcą dalej być wierni ideałom harcerskim, muszą zejść do podziemia. Na przełomie 1949 i 1950 roku Franciszek Sumisławski z Marianem Kalicińskim, Wacławem Stramskim, Zbigniewem Kapiciakiem, Janem Selwą oraz Fryderykiem Surowcem stworzyli zalążek tajnej organizacji harcerskiej.

Jednostka Sokołów

–  Ja w organizacji byłem krótko, od marca 1951! – zaznacza Ryszard Sławik.
To w marcu wraz z Bolesławem Telipem i Aleksandrem Trznadlem złożył przysięgę na ręce komendanta, Franciszka Sumisławskiego. Przysięgali wtedy wszyscy członkowie: będą walczyć wiernie o sprawiedliwą Polskę i staną w obronie prześladowanych ojców. Organizację nazwali „Jednostką Sokołów”. Odtąd spotykali się na tajnych zebraniach. Rozmawiali o sytuacji politycznej w kraju i na świecie. Słuchali zachodnich stacji radiowych, „Głosu Ameryki” i BBC. Przygotowywali się do zawiązania oddziału partyzanckiego na wypadek konfliktu ZSRR z Ameryką i kolejnej wojny. To dlatego zbierali broń, którą znajdowali w poniemieckich ruinach i na pustkowiach. Tak zdobyli trzy automaty “MP”, jeden automat “PP”, jeden pistolet typu “FN” i jeden “Parabellum”, dwa karabiny “Mauser”, granat zaczepny i amunicję. Ukryli je w obejściach rodzicielskich gospodarstw.
Latem 1951 zorganizowali swoją pierwszą akcję społeczną. Namawiali miejscowych rolników do sprzeciwu wobec kolektywizacji wsi. „Każdy uczciwy Polak nie zdaje zboża komunistom” – tak brzmiało hasło na ulotkach ręcznie pisanych przez Bolesława Telipa, które w Laskowicach i Piekarach rozklejał Aleksander Trznadel. Marian Kaliciński planował nawet zastrzelić sekretarza Jowsę. Wstrzymał się w ostatniej chwili.  A już w  listopadzie „Jednostką Sokołów” zainteresowało się UB. Podczas sprawdzania broni Zbyszek Kapiciak przypadkowo postrzelił Wacka Stramskiego. Mimo że próbowali zatrzeć ślady, MO doszła po śledztwie, z jakiej broni padł strzał. „Sokołom” zaczął się palić grunt pod nogami.

Jak najgorsi zbrodniarze

Musieli choć na chwilę zniknąć z oczu miejscowych służb bezpieczeństwa. Franek dowiedział się, że w kłodzkim Liceum Pedagogicznym jest roczny kurs nauczycielski dla osób z wykształceniem niepełnym średnim. Szkoła odpowiednio daleko od Oławy. A kurs odpowiednio krótki, by po ukończeniu zacząć pracę i pomagać rodzicom.
– I to był dobry pomysł – mówi Sławik, podówczas uczeń Państwowego Liceum Mechanicznego I stopnia Wydziału Mechanicznego we Wrocławiu. Załatwianie miejsc dla trzech harcerzy trochę trwało. Ale udało się. No, to wio! Sławik wraz z Sumisławskim i Telipem wyjechali do Kłodzka.  Ale UB podążało za nimi. Funkcjonariusze przyszli po nich na początku marca. Sławika, Sumisławskiego i Telipa aresztowali w czasie lekcji. Prosto ze szkoły zaprowadzili do internatu, gdzie nastąpiła rewizja. Z Kłodzka wywieźli pociągiem przez Wrocław do Oławy. Skutych jak najgorszych zbrodniarzy.

W oławskim karcerze

Tam wtrącili ich w letnich ubraniach do piwnicznych cel PUBP. Każdego do osobnej. Ciemność, ziąb, wilgoć. Z tych cel wyprowadzali ich na przesłuchania. W dzień i w nocy. Bici, popychani, szantażowani i wyzywani, musieli w nieskończoność powtarzać swoje życiorysy, skąd mieli broń i z jaką organizacją zdążyli nawiązać kontakt.
– Co było charakterystyczne, to nacisk, byśmy zeznali, że kierował nami ktoś starszy od nas – mówi dziś Ryszard Sławik. – A przecież nikogo takiego nie było. Ale ubecy, a przede wszystkim śledczy Władysław Kolasa, drążyli. Podsuwali chłopcom niby to dokumenty, twierdząc, że to zeznania kolegów. – Mnie przesłuchiwał kpt. Mieczysław Staner z Wrocławia. Drań niesamowity! Ale wiedziałem przecież czego się spodziewać. Pewnego dnia Staner położył mu dłoń na ramieniu. – Ja bym tak chciał, żebyś wyszedł na ludzi… – powiedział łagodniej niż zwykle. – Mam takiego syna jak ty… – A ja na to: „Też taki zbrodniarz?”. Śledczy wypchnął go z pokoju, z wyzwiskami. W progu kopnął z całej siły. – Krzyki i kopniaki nie robiły na mnie wrażenia – Sławik wzrusza ramionami. – Nie z bohaterstwa. Tak w naturze człowieka jest. Mogłem tylko zaciskać zęby. Szuka czegoś w pamięci. – Wie pani, ja raz w życiu płakałem. To było wtedy, gdy miałem dwanaście lat, a rodzice zabronili mi iść na mecz w dwa ognie. Bo akurat postawili mi bańki. No, ale tu choroba, a tam drużyna z Ratowic. Trzeba się było postawić i wygrać ten mecz! Poszedłem, a gdy wróciłem do domu, to dostałem baty.
Śmiejemy się oboje. Koszmar wspomnień z karceru przeplata się z obrazem spokoju zwykłego życia na wolności i zielonej trawy boisk.

Głód

Po takim przesłuchaniu Sławik najczęściej trafiał do karceru. To było najgorsze. Pod nogami chrzęścił gruz, czy może szkło? Tkwiąc w ciasnej komórce, chłopak myślał o świeżym chlebie z piekarni. Marzył o bochenku, który będzie jadł, odrywając kawałek po kawałku w drodze piechotą do Laskowic.
– W więzieniu był głód jak cholera! – Sławik nie znajduje słów.
– Co jedli więźniowie? – pytam.
– Rano… o, taki dzwoneczek chleba – Sławik składa kciuk i palec wskazujący w trójkąt. I czarna kawa. Na obiad zupa, którą gotował Fryderyk Surowiec. Oddziałowy Stanisław Korczowski tylko dostarczał kaszy czy ziemniaków, o ile oczywiście, nie upił się, bo wtedy jego „podopieczni” w ogóle nie jedli (odznaczał się okrucieństwem, tak jak śledczy Kolasa). Na kolację taki sam dzwoneczek chleba. – Mnie to na początku śmierdziało – przyznaje. – Ale potem żałowałem, że nie zjadłem.
A przecież głód chleba to nie było wszystko. Harcerze martwili się o swoje rodziny, narażone na represje. Kontakt wzrokowy z nimi umożliwiała szpara w oknie. Rysiek łyżką podważał ramę okienną. Między framugą a oknem, między kratami widział fragment ulicy. Pewnego dnia zobaczył swoją mamę i inne matki. Przyszły piechotą z Laskowic, przyniosły paczki dla synów. Te paczki, jak i inne, nigdy nie doszły do rąk więźnia. Ale w drodze powrotnej do domu zdarzyła się sytuacja humorystyczna. Dwie matki szły i pocieszały się wzajemnie.
– Musimy się modlić, by ich uwolnili – powiedziała mama Ryśka. Pani Surowcowa westchnęła. Pani Sławikowa pokiwała głową: – Ja się już tak modlę i modlę…
A mój Fredowina jak siedział, tak siedzi!

Wrocław: ściśnięci jak śledzie

Przez tę samą szparę okienną Sławik zobaczył pewnego dnia, jak do budynku PUBP wchodzą trzej oficerowie.
– Ja wtedy czułem, że to już będzie koniec naszego pobytu tam – mówi wolno.
I rzeczywiście tak się stało. Ci trzej oficerowie przyjechali do Oławy przejąć śledztwo. Gdy uznali sprawę za odpowiednią dla Sądu Wojskowego, wywieźli harcerzy do aresztu na Sądowej we Wrocławiu.
Pod jednym względem była to dla chłopaków pozytywna odmiana. – Tutaj wreszcie się najedliśmy! – mówi Sławik. – Janek Selwa zjadł sześć misek zupy. Ja chyba cztery.
Wtedy zaczęli rozglądać się wokół siebie. Był maj 1952. Oddział IV, polityczny, wypełniony do niemożliwości.
– Okazało się, że nie tylko myśmy mieli marzenia o wolności. Siedziało razem z nami mnóstwo ludzi. Masa ludzi pochodziła z okolic Środy Śląskiej. Bo wtedy wpadła Rzeczpospolita Polska Walcząca – przypomina sobie Sławik. – U nich był system trójkowy. Organizację tworzyła siatka  trzyosobowych drużyn, a z każdej tylko jeden człowiek wiedział o następnej trójce. A mimo to UB ich rozpracowało. I nikt nie dostał wyroku poniżej 5 lat.
Ścisk w celi był do tego stopnia, że w nocy trzeba się było obracać na komendę. – Tak, w nocy leżeliśmy jak śledzie. A z sufitu spadały pluskwy. Ale trzeba się było przyzwyczajać do gorszych rzeczy. Ten kibel rano.
Musieli załatwiać potrzeby w tej samej celi, na oczach wszystkich. Skrajnie prymitywne warunki, jakże typowe dla ubeckich więzień. W dodatku nadeszło lato. Gdy przyszły upały, więźniowie na Sądowej mdleli.
–  Doszło do tego, że czasami przyjeżdżali strażacy i zraszali mury – mówi.  

Melodia z celi śmierci

Wyrok zapadł 3 lipca. Od maja do lipca czekali na rozprawę. Dusili się. Szukali kontaktu z inną przestrzenią.
– Do perfekcji opracowałem grypsowanie. Szło mi to na błysk – opowiada Sławik. Więźniowie stukali w ścianę lufką od papierosów. – Wiedzieliśmy dokładnie, kiedy Stalin umarł. Myśmy wszystko wiedzieli. Takie bałaki szły jak cholera! – podsumowuje kresowianin. Wystarczyło, że kolega z sąsiedniej celi poprosił o papierosy. Sławik odpowiedział wówczas: „Ja jak ci podam papierosy przez ścianę?!”. Ale to też można było zrobić! Bo od czego okna u góry? Sławik przeciągnął przez kraty linkę z ciężarkiem i kręcąc kłębkiem sznurka, przesuwał pakuneczek w kierunku okna kolegi.
A były na tym samym piętrze, w „politycznym”,  pojedyncze cele, nad którymi całą dobę paliła się czerwona lampka. Tam ludzie czekali na uprawomocnienie się wyroku śmierci. Od jednej z takich cel niósł się głos: „Przyleciał do mnie na kraty szary przyjaciel skrzydlaty. Spojrzał na nędzne me szaty, ze smutkiem odleciał w dal…” – Sławik cytuje tekst piosenki, płynnie, jak gdyby słyszał ją wczoraj. To był prosty, kiczowaty tekst. Ale wtedy słuchał i słuchał. I czuł ściśnięcie w gardle. Melodia z celi śmierci.Melodia z celi śmierci.

Za paragraf 86

Gdy on przebywał w więzieniu, ojciec przyjmował od laskowickich sąsiadów gratulacje za postawę syna i wyrazy współczucia w związku z represjami. 3 lipca Wojskowy Sąd Rejonowy z prokuratorem wojskowym por. Aleksandrem Duszyńskim na czele przedstawił zarzuty ośmiu członkom „Jednostki Sokołów”. Były wśród nich: „założenie nielegalnej organizacji” i werbunek do niej, „nielegalne posiadanie broni”, „sporządzanie ulotek o treści antypaństwowej” i „próba obalenia ustroju przemocą”.
Chłopcy myśleli wcześniej, że będą sądzeni zgodnie z artykułem 86, za co groziłoby od 5 lat do kary śmierci włącznie! Obecna na sali sądowej siostra Sławika pokazywała mu otwartą dłonią: „Pięć lat!” – Piątka to byłoby dobrze! – uśmiechnął się Rysiek. Ale okazało się, że podstawą wyroku był artykuł 87 w związku z artykułem 86. Byli traktowani jako organizacja młodociana. Dostali od dwóch do sześciu lat więzienia. Dla Ryszarda Sławika wyrok brzmiał: „Dwa lata więzienia i utrata praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na okres jednego roku wraz z przepadkiem mienia”.  I choć oczywiście, dla nastolatka, który nie zdążył jeszcze zdać matury, nawet dwa lata mogłyby wydać się wiecznością, Ryszard Sławik ucieszył się: „Tylko dwa lata!”.

Ty lepiej siedź cicho

Po apelacji obrony Naczelny Sąd Wojskowy w Warszawie ponownie rozpatrzył sprawę. Zarzut wobec harcerzy zmieniono na „działalność kontrrewolucyjną”. A potem ogłoszono amnestię, z której skorzystali wszyscy członkowie „Jednostki Sokołów”. Ryszard Sławik opuścił więzienie
16 grudnia 1952.
Tak jak jego koledzy, jeszcze długo będzie odczuwał skutki aresztowania i wyroku. Wcześniej całymi godzinami widział na sobie wzrok śledczych, teraz będzie spotykał wzrok ludzi, którzy mają przyjąć go do pracy, a przypominają ciągle: „Pan był skazany”. Wreszcie w styczniu 1953 zdobył posadę w Jelczańskich Zakładach Samochodowych. Zaczynał w dziale kontroli, jako brakarz. W JZS zaczęło pracę także siedmiu jego kolegów z „Jednostki”. Przez 39 lat pracy na różnych stanowiskach w JZS Sławik wciąż miał nieoficjalnych „opiekunów”, którzy z daleka bacznie go obserwowali. Poza tym wszyscy członkowie „Jednostki Sokołów” odbyli służbę wojskową w ramach batalionu karnego. Pracowali w kopalni węgla – na powierzchni i pod ziemią.
Choć lata biegły, pamięć ludzka okazała się niezawodna. I w latach 70. Sławik nie mógł nawet zacząć upragnionych studiów.
– A okazja była niesamowita! – tłumaczy. JZS były również zakładem badawczym. Inwestowały w inżynierów. Załatwiały wstęp na studia i dojazd na Politechnikę. Udzielały urlopów na czas egzaminów. – Po trzech latach dostałbym tytuł inżyniera! – podkreśla. Wtedy bez wahania zaproponował swoją kandydaturę. A na to wydziałowy sekretarz partii: – Panie Sławik, daj sobie z tym spokój. Po co mają być jeszcze kłopoty? Zrezygnuj pan.
Sławik nie zaczął studiów, ale dopracował w JZS do emerytury.

Nic mi nie mogli zrobić

Unieważnienia wyroku członkowie „Jednostki Sokołów” doczekali się prawie po czterdziestu latach od owego „procesu”. Sławik pokazuje mi pismo z Sądu Wojskowego we Wrocławiu. W 1991 roku prokurator uznał, że Ryszard Sławik działał na rzecz niepodległego państwa polskiego. Od tego czasu historię „Jednostki Sokołów” opisało kilku dziennikarzy. Ryszard Sławik dokładnie czyta wszystkie relacje. Jest przy tym krytyczny. Wzbrania się przed tworzeniem legendy z dziejów organizacji.
– Gdzie indziej ubecy zgniatali paluchy. Cisnęli jądra. Kazali siadać wycieńczonym ludziom na kiju. Cuda robili – wymienia. – To ja mam robić bohatera z siebie?! Ja byłem zdrowym psychicznie i fizycznie mężczyzną. Wiedziałem, czego mogę się od przesłuchujących spodziewać. Przecież oni nie mogli mi zrobić krzywdy – wzrusza ramionami. – Bo co oni mogli mi zrobić? 

Aleksandra Solarewicz
Przygotowując tekst, korzystałam również z nagrania relacji, wykonanego przez dra Tomasza Gałwiaczka z wrocławskiego Oddziału IPN
Fot. arch.
Ryszarda Sławika

Kategoria artykułu: Historia

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.