Monte Cassino po 65 latach (2)

Oficjalne uroczystości już za nami. Wtorek 19 maja rozpoczynamy od zwiedzania odbudowanego klasztoru opactwa Monte Cassino. Potem ponownie jedziemy na dół, do Cassino, gdzie zaproszono nas do muzeum bitwy

Zwiedzanie trwa wiele godzin, muzeum jest nowoczesne i multimedialne, ilość eksponatów znacząca, większość pochodzi z prywatnych kolekcji, zdeponowanych i eksponowanych w muzeum. W ramach ekspozycji zauważamy, że wiele uwagi poświęcono polskiemu udziałowi w bitwie.
Z muzeum pojechaliśmy na cmentarz brytyjski w Cassino, tam spotkaliśmy dużą grupę weteranów
z Wielkiej Brytanii. Jak co dzień, wspólna sesja zdjęciowa, a także specjalnie dla nas – pokaz brytyjskiej musztry. Kolejnym etapem jest próba rozpoznania, czy możliwy będzie przejazd „drogą polskich saperów”. Ta droga, wybudowana na potrzeby bitwy, była główną trasą, którą można było dotrzeć
na pole walki, transportować rannych i wyposażenie. Drogę zbudowano na stromym zboczu, często nad przepaścią. Transport wyposażenia, szczególnie przejazd czołgów, odbywał się tu
w ekstremalnie ciężkich warunkach, często pod stałym niemieckim ostrzałem. Większość zaopatrzenia w bitwie i prawie całość transportu rannych odbywała się za pośrednictwem jeepów i właśnie tą drogą. To tłumaczy, dlaczego była dla nas tak ważna obecność w tym miejscu. Jak to wygląda dzisiaj? Udało się przejechać fragment drogi i pieszo przejść prawie całą. Droga nie była używana od wielu lat, w większość odcinków zarośnięta drzewami. Deszcze spowodowały obsunięcia zbocza i całkowitą likwidację fragmentów drogi. Pojawiły się również głazy, które spadły z górnych partii gór.
Być może kiedyś przejedziemy jeepami całą trasę, co wymaga przygotowania
i zupełnie innego wyposażenia niż to, które mieliśmy ze sobą. Tak czy inaczej, byliśmy na drodze polskich saperów. Wieczorem wracamy pod klasztor i całą grupą idziemy raz jeszcze na polski cmentarz. Tego dnia nie było już nikogo, nie było gości i wycieczek, a my mogliśmy w ciszy i skupieniu zapalić znicze, jeszcze raz pochylić się nad grobami naszych bohaterów, pomyśleć o ich losie, o tym, jak długą drogę przebyli, by spocząć tu na wieki w „ziemi, która do Polski należy”.

Środa 20 maja

Rankiem opuszczamy gościnną stanicę przy klasztorze i ruszamy na szlak II Korpusu, w kierunku wybrzeża Adriatyku. Wciąż panuje doskonała pogoda, Włosi życzliwi, ustępują nam pierwszeństwa na drodze. Nasza kolumna podróżuje całkiem sprawnie i w dobrym tempie. Zatrzymaliśmy się na chwilę w centrum miejscowości Castel di Sangro. To miał być chwilowy odpoczynek, ale zostaliśmy zauważeni i po chwili wszyscy byliśmy w gabinecie burmistrza, który był niezmiernie zadowolony
z naszej wizyty i opowiedział nam o swojej miejscowości. Na zakończenie spotkania wręczył nam pamiątkowy album z dedykacją: „Dla Przyjaciół Polaków – wyzwolicieli”.
Jak widać, nie było łatwo utrzymać plan podróży, i tak już do końca wyprawy. Tego dnia wieczorem dotarliśmy do Ortony, pięknej miejscowości na wybrzeżu. Tu zostaliśmy na noc
i po trudach podróży mogliśmy, wykąpać się w Adriatyku. Wcześniej w centrum Ortony parkujemy na chwilę przy pomniku Kanadyjczyków, to oni walczyli o to miasto, mają piękny pomnik
i podobnie jak w wielu innych miejscach w centrum miasta ustawiono czołg sherman. Nasi „Karpatczycy” tradycyjnie stanęli na warcie przy pomniku, co jak zwykle było entuzjastycznie przyjmowane przez Włochów i licznych turystów. W tej samej miejscowości zostaliśmy zatrzymani w porcie przez patrol Carabinieri – którzy zapytali: co to za formacja i z jakiego kraju, a przede wszystkim w jakim celu w porcie? Widocznie nasz wygląd odebrali śmiertelnie poważnie. Po naszych wyjaśnieniach zaczęli żartować ze swoich obaw i zaoferowali pomoc.

Czwartek 21 maja

Kolejny dzień na historycznym szlaku II  Korpusu. Kierujemy się do wyzwolonej przez naszych żołnierzy Ancony. Po drodze cała wyprawa jedzie nieco w bok od głównej trasy, do Grottazzolina. Dlaczego do tego miasteczka? Miałem ze sobą frontowe zdjęcie dziadka, wykonane u fotografa w „Foto Balacco”, właśnie
w Grottazzolina. Po prostu nie mogłem tam nie pojechać. Członkowie wyprawy zaakceptowali mój „rodzinny” fragment trasy (za co szczególnie dziękuję) i pojechaliśmy. Grottazzolina okazało się pięknym miasteczkiem, położonym typowo na szczycie wzgórza. Kiedy zauważono naszą grupę, po chwili pojawił się burmistrz, zaprosił nas i przyjął w sali posiedzeń rady, wręczył proporczyk miejscowości. My również pozostawiliśmy nasze pamiątki. I kolejne spotkanie, z synem właścicielki „Foto Balacco”, który pokazał miejsce, gdzie było studio fotograficzne. Jestem wzruszony – tu kiedyś przez chwilę był mój dziadek. Niestety, szklane negatywy ze zdjęciami wielu polskich żołnierzy nie przetrwały, a sam zakład został zamknięty w latach 90. W tym samym miejscu poznaliśmy wnuczkę polskiego żołnierza Władysława Czarneckiego, który ożenił się z Włoszką i został tu po wojnie. Wnuczka naszego, już nieżyjącego weterana, zaprosiła nas wszystkich do swojego domu, pokazała pamiątki po swoim dziadku i po wielu innych żołnierzach, którzy zostali w tej miejscowości. To było kolejne niezwykłe spotkanie. Żal było odjeżdżać – ale wiemy, że mamy przyjaciół w pięknym Grottazzolina. Tego dnia wieczorem dotarliśmy do  Porto Recanati, w pobliżu Loreto. W Loreto tuż obok bazyliki znajduje się kolejny polski cmentarz wojskowy, ponad tysiąc grobów naszych rodaków. Bazylika i cmentarz już zamknięte, ale nasze flagi na jeepach zostały zauważone przez polskie zakonnice z klasztoru, jedna z sióstr przyszła do nas z kluczami
i mogliśmy do późna pozostać na cmentarzu. Tradycyjnie zapaliliśmy znicz na każdym grobie i wraz
z siostrą odmówiliśmy modlitwę za dusze poległych żołnierzy.

Piątek 22 maja

Jedziemy do Potenza Picena. W tym miejscu stacjonował po wojnie nasz 4. pułk „Skorpionów”. Przede wszystkim jedziemy na stadion. To także „nasz” obiekt sportowy, zbudowany po wojnie przez polskich żołnierzy i dlatego nosi nazwę właśnie „Skorpion”, co również zapisano na tablicy pamiątkowej przy wejściu. Na świetnie utrzymanym stadionie rozegraliśmy
(w mundurach) krótki mecz, następnie pojechaliśmy do ratusza, gdzie oficjalnie przyjęto naszą grupę. Nie byliśmy zapowiadani czy umówieni, a pomimo to przyjęcie było „na najwyższym szczeblu”.
Z Potenza Picena jedziemy do Ancony, brakuje nam czasu na zwiedzanie miasta, pozostaje jedynie przejazd głównymi ulicami i kilka zdjeć, podróżujemy dalej w kierunku Rimini. Na nocleg zatrzymujemy się w Misano Adriatico. W tym dniu mieliśmy pierwszy i jedyny problem z niezawodnymi jeepami. W jednym z nich pękła miska olejowa. Pomimo że to był piątkowy wieczór, we włoskim warsztacie udało się załatać miskę i rankiem samochód był gotów do dalszej drogi.
 
Sobota 23 maja

Wyjazd do San Marino i dalsza trasa do Imoli. Nocujemy niedaleko w miejscowości Sasso Morelli. Tu podziękowania dla pani Doroty Kulawiak, która we Włoszech bardzo nam pomogła. W Imoli zapoznała nas z miejscowym wydawcą, Gabrielem Angelinim, który jest wielkim przyjacielem Polaków, kolekcjonuje pamiątki związane z II Korpusem i co ważne, jest właścicielem zabytkowego jeepa. Gabriele gościł nas na farmie w Sasso Morelli, właściwie to wzięliśmy udział w życiu całej miejscowości, która miała swoje święto. Gabriele pokazał nam, jako pierwszym, swój najnowszy eksponat – oryginalną flagę
II Korpusu, którą polscy żołnierze w czasie wojny podarowali Amerykanom pod Monte Cassino. Flaga trafiła po wojnie wraz z amerykańskim żołnierzem do USA, a teraz udało się ją zdobyć do kolekcji Gabriela. Polska flaga jest cenną pamiątką, i co najważniejsze, w dobrych rękach.

Niedziela 24 maja 

W Imoli jedziemy wraz z Gabriele na spotkanie z burmistrzem. Spotykamy się przy pomniku poświęconym  Polakom – wyzwolicielom Imoli.  Pomnik odsłonięto przy Via Pisacane
14 kwietnia 2005,
w 60. rocznicę wyzwolenia miasta. Wszyscy członkowie naszej wyprawy otrzymali pięknie wydaną (w jęz. włoskim i polskim) książkę pod tytułem „Tamtym zapomnianym bohaterom”. Opracowanie zawiera opis wyzwolenia Imoli, wspomnienia mieszkańców, a także historię budowy pomnika. Jesteśmy zaskoczeni, jak bardzo Włosi kultywują pamięć o naszej wspólnej historii. Po spotkaniu
z burmistrzem, który wygłosił krótkie przemówienie pod pomnikiem, jedziemy zobaczyć tor Formuły 1 w Imoli (to na nim zginął w 1994 A.Senna) i ruszamy w trasę do Bolonii – kolejnego miasta wyzwolonego przez nasze oddziały.
W Bolonii jest ostatni polski cmentarz na ziemi włoskiej. W tym dniu również zapaliliśmy znicze na grobach, a także dokonaliśmy wpisu do księgi pamiątkowej cmentarza. Nasza misja we Włoszech dobiegła końca. Wieczorem wyruszyliśmy w drogę powrotną – przez Austrię i Czechy. Do Polski dotarliśmy bez większych problemów w nocy 25 maja.

Podsumowanie

Ten opis to tylko zarys naszego wyjazdu. Wydarzeń i chwil zasługujących na opisanie było znacznie więcej. Wspomnienia, odkrycia, kontakty z weteranami, z gościnnymi Włochami – to wszystko pozostanie w naszej pamięci. Wyprawę organizowaliśmy długo i z trudem, ale już mamy kolejne zaproszenie. Nasi włoscy przyjaciele organizują w kwietniu przyszłego roku wielkie uroczystości
65. rocznicy wyzwolenia Bolonii. Nie wyobrażają sobie tych uroczystości bez udziału Polaków.
Nasza wyprawa na Monte Cassino udała się w całości i bez problemów, a przecież  wielu wątpiło w możliwość realizacji takiego zamiaru. Jednak „daliśmy radę”  i byliśmy  z czterema willysami (właściwie to trzema, bo jeden z jeepów to  ford GP) na wzgórzu 593. Ważne było zapalenie znicza na każdym polskim grobie – przywieźliśmy z Polski ponad 3,5 tys. zniczy
i wszystkie zapłonęły. Niezawodne jeepy przejechały o własnych siłach 1300 km i nie zawiodły, nic się nie zepsuło, nikt nie miał kontuzji, nawet pogoda dopisała. Skorpiony
i Karpatczycy – wszyscy uczestnicy (i jedna uczestniczka) wyprawy, stale przestrzegali dyscypliny mundurowej – dzięki temu na trasie nasz konwój powodował reakcję  dziennikarzy, burmistrzów, którzy nas zapraszali do siebie,
a starsi ludzie przynosili zdjęcia i wspominali dzielnych Polaków. Na pewno pozostaniemy na długo we wspomnieniach. Nasi kombatanci, dziękując nam, mówili: zrobiliście dla Polski świetną „ambasadorską” robotę. Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do realizacji naszej podróży: weteranowi
4. pułku panc.
płk. Edwardowi Głowackiemu, Stowarzyszeniu „Pancerny Skorpion”, marszałkowi woj. opol-skiego, burmistrzom Jelcza-Laskowic
i Kluczborka. Szefowi BBN – za objęcie imprezy patronatem, oraz sponsorom flag, emblematów (firma Blik z Tarnowa) i zniczy (Castoramie we Wrocławiu). Sponsorom, bez pomocy których wyjazd byłby bardzo utrudniony. Ze swojej strony dziękuję całemu zespołowi i wszystkim grupom rekonstrukcji historycznej (GRH), które były na Monte Cassino. Najserdeczniej dziękujemy kombatantom – którzy będąc z nami,
z zadowoleniem przyjmowali naszą formę wyrażania szacunku dla nich i dla naszej historii. Warto było.

Przemysław Pawłowicz
Fot.: archiwum PP

Kategoria artykułu: Historia

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.