Monte Cassino po 65 latach (1)

Od wielu lat użytkujemy nasze zabytkowe pojazdy i bierzemy udział w licznych wystawach, defiladach, uroczystościach i świętach państwowych. W 2004 roku byliśmy w Normandii. Zawsze naszym celem było jednak Monte Cassino. Postanowiliśmy pojechać do Italii na obchody 65. rocznicy bitwy

Historia
Wyprawa do Włoch

Podstawą naszej grupy rekonstrukcji historycznej jest Szwadron Wojskowych Pojazdów Zabytkowych, działający w strukturach Stowarzyszenia Pancerny Skorpion w Opolu – (4. pułk pancerny Skorpion). Plan i organizacja wyprawy wciąż ulegały zmianie. Z powodu kryzysu gospodarczego nie dopisali sponsorzy, pomogło zaledwie kilku, początkowy zamiar zabrania 8 pojazdów ograniczył się do 4. Tuż przed terminem wyjazdu ustaliliśmy ostateczną wersję. Pojedziemy w składzie: 4 jeepy (2 z Kluczborka, oraz po jednym z Warszawy i Oławy),  członkowie „Szwadronu Skorpion” i koledzy ze śląskiej grupy „Karpatczyków” (GRH Karpaty) – łącznie 21 osób. Skład prawie z całej Polski: Brzeg, Tarnów, Lublin, Gdynia, Opole i wielu innych miejscowości. Plan jest prosty: uroczystości na Monte Cassino, 2-3 dni na terenie bitwy, następnie przejazd szlakiem bojowym II Korpusu. Mamy zamiar zapalić znicze na wszystkich polskich cmentarzach – na każdym grobie. Uzyskaliśmy od sponsora kilka tysięcy zniczy (podziękowanie dla Marcina). Nasza grupa jest spora, ale z dużym doświadczeniem. Wiemy, że wszyscy będą w mundurach i wyposażeniu „Skorpionów” oraz 3. Dywizji  Strzelców Karpackich.  

Początek

Rozpoczęliśmy 14 maja w Opolu, na placu przed Urzędem Marszałkowskim. Oprócz przedstawicieli opolskiego Urzędu Marszałkowskiego, byli również kombatanci, uczestnicy wyprawy, oczywiście z jeepami. Krótkie przemówienia, reporterzy, ostatnie wywiady. W ramach pożegnania przekazujemy pamiątkowe flagi – mamy okolicznościowe proporczyki i znaczki wyprawy, otrzymujemy flagę województwa i kilku innych gmin, wspierających nasz wyjazd – i w drogę.  Przewiezienie czterech willysów i ponad 20 osób to spore zadanie. Zakładamy, że będziemy spali na otwartej przestrzeni, żywimy się sami. Sterta śpiworów, łóżek polowych i namiotów, do tego komplet wyposażenia, umundurowania, repliki broni, hełmy. To wszystko tworzy całkiem duży ładunek. We Włoszech jeepy pojadą o własnych siłach, w drodze powrotnej przez Austrię – ponownie na lawetach. Na południe Europy jedziemy przez Niemcy, a omijając Czechy, kierujemy się na Brenner i dalej w kierunku Rzymu i Cassino. Na trasie piękna pogoda i ośnieżone szczyty Alp. Pierwszym zaskoczeniem była dla nas, a raczej dla budżetu naszej wyprawy, wysokość opłat za włoską autostradę. 400 euro za cztery pojazdy to sporo. Do Cassino dotarliśmy późną nocą drugiego dnia podróży. Wcześniej uzgodniliśmy z polskimi harcerzami, że skorzystamy z gościnności zakonu i zatrzymamy się pod murami klasztoru na terenie obozowiska, które tradycyjnie przyjmuje pielgrzymów z całego świata.

Cassino

16 maja powitał nas słoneczny poranek. Piękna pogoda, my na szczycie wzgórza klasztornego Monte Cassino, szeroki widok na polski cmentarz, pomniki na wzgórzach i całą dolinę rzeki Liri. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na podziwianie panoramy. Dużo zaproszeń, uroczystości i ważnych spotkań naszej grupy – to, wymagało tempa, dyscypliny i sprawności organizacyjnej. W pierwszym dniu jedziemy do Acquafondata. Małe miasteczko prawie 30 km od Cassino. Tam rozpoczynają się rocznicowe uroczystości. Jedziemy w mundurach i pełnym oporządzeniu, z flagami, najpierw do Cassino, tam początkowo grzęźniemy w korkach, nie możemy znaleźć właściwej drogi, ale szybko zaczynamy jeździć „po włosku” i w ostatniej chwili trafiamy do celu. W Acquafondata uroczystości celebrowano pod polskim pomnikiem w centrum miasteczka. Pomnik niezwykły – obelisk i krzyż z gąsienic Universal Carriera. Wielu kombatantów, Wojsko Polskie, przedstawiciele armii włoskiej, władze państwowe i oprócz naszej grupy, również inne grupy rekonstrukcji historycznej z Polski. Po uroczystościach pod pomnikiem wszyscy udali się na teren pierwszego polskiego cmentarza. Naszych żołnierzy początkowo pochowano właśnie tu, dopiero po ukończeniu budowy cmentarza na Monte Cassino ekshumowano i przeniesiono wszystkich poległych. Ten pierwszy cmentarz wciąż pozostaje symbolicznym miejscem pamięci. Po uroczystościach zaproszono wszystkich gości na Rynek przed ratuszem, gdzie przygotowano włoskie potrawy. Duszą tych uroczystości był nasz przyjaciel Romano. Jako młody chłopiec towarzyszył naszym oddziałom właśnie tu w Acquafondata. Z wielką życzliwością wspominał naszych żołnierzy, ich otwartość i wielką, stałą pomoc dla mieszkańców. W 1944 roku największym problemem był głód. Nasi żołnierze dzielili się żywnością z włoskimi rodzinami przez wiele miesięcy – pomagając przetrwać czas po zakończeniu wojny. Feta na Rynku była niezwykła, wielu kombatantów z całego świata, rozmowy, wspomnienia, zdjęcia i  gościnność Włochów. Zapytałem naszego gospodarza, czy coś pozostało po polskich żołnierzach. Oczywiście, że zostało, Romano wydobył ze swojego strychu metalową skrzynię (z datą produkcji 1942) po pociskach moździerzowych. Od lat trzymał w niej stare listy. Polska skrzynia to cenna pamiątka, związana z naszą historią. Po chwili prezent – wielka skrzynia ląduje na masce jeepa, a my musimy jechać dalej. Kolejne uroczystości, tym razem w Piedimonte San Germano. Żałujemy, że musimy pożegnać naszych gospodarzy. Brak czasu był największym problemem całej podróży. Z jednej strony wyjątkowa okazja wysłuchania wspomnień i relacji, zobaczenie nieznanych pamiątek po polskich żołnierzach, z drugiej – stały plan dnia, wymuszony kolejnymi uroczystościami. Znowu z trudem, ale punktualnie docieramy pod polski pomnik 6. Lwowskiej Brygady Strzelców. Tu również pełna gala i kompanie reprezentacyjne, przemówienia. Polskę reprezentuje minister obrony narodowej Bogdan Klich oraz szef Urzędu do spraw Kombatantów Janusz Krupski. Po uroczystościach kolejna okazja do rozmów z weteranami. Pomimo zaawansowanego wieku, przybyli na uroczystości z różnych kontynentów. Trudno pisać o sobie, ale czujemy, że są z nas zadowoleni, że nasza szczegółowa rekonstrukcja, z willysami włącznie, sprawia im radość. Niektórzy pytają: jak to możliwe i kto to przygotował. Z Piedimonte wracamy do Cassino, zatrzymujemy się w Rynku, gdzie przed ratuszem umieszczono pomnik – czołg  sherman, symbolicznie wspinający się po gruzach klasztoru. Obok czołgu – zniszczone niemieckie działo. Z powodu naszej wizyty zebrało się w Rynku wielu mieszkańców oraz kilku polskich kombatantów z Anglii i z USA. Z weteranami przegadaliśmy cały wieczór. Już nocą, cztery jeepy znowu wspinają się wysoko serpentyną drogi do klasztoru, pod mury opactwa. Przez trzy kolejne dni wiele razy pokonywaliśmy tę krętą trasę na stromym zboczu. Codziennie w Cassino Włosi oglądali naszą „defiladę” z flagami i czasem ze śpiewem na ustach (wiadomo: „O mój rozmarynie” i podobne utwory). I znowu najczęściej słyszeliśmy pozdrowienia i „grazie Pollacci”.

Niedziela 17 maja 

Dzień rozpoczynamy mszą świętą razem z harcerzami z Polski. Tak jak w czasie wojny, ołtarz polowy – monstrancja i wielkie bukiety czerwonych maków na masce jednego z naszych jeepów, a w tle klasztor. Doskwiera upał, a my ruszamy na teren bitwy. Naszym przewodnikiem jest Krzysztof Piotrowski z Jelcza-Laskowic, bez wątpienia jeden z największych znawców terenu bitwy o Monte Cassino. Krzysztof jest w Cassino już od wielu lat. Poświęcił wiele pracy i wysiłku na badanie i utrwalanie historii bitwy. Kierujemy się na wzgórze 575, po drodze mijamy wzgórze 569 i zwiedzamy ruiny Masseria Albaneta. Na wzgórzu 575 znajduje się pomnik 5. Kresowej Dywizji Piechoty, która poniosła największe straty w bitwie. Pomnik w formie prostego stalowego krzyża przypomina nam krzyż na Giewoncie. Pod pomnikiem zastaliśmy grupę harcerzy, porządkujących otoczenie monumentu. W tym dniu we Włoszech panowały rekordowe upały, marsz pod górę nie był łatwy, pomimo to nasza grupa, oczywiście w pełnym umundurowaniu, rusza dalej. Z terenu walk 5. Dywizji docieramy do miejsc walk 4. Pułku Pancernego „Skorpion”. Dla nas i naszego „Szwadronu Skorpion” jest to szczególne miejsce, oznaczane na mapach jako „Gardziel”. Tu znajduje się niezwykły polski pomnik. W pierwszym dniu bitwy, 12 maja, nasze czołgi dotarły do tego miejsca.
Sherman nr T-14550, o nazwie “Sułtan”, dowodzony przez ppor. Ludomiła Białeckiego, wjechał na zestaw min. W wyniku eksplozji zginęła cała załoga, ppor. Białecki po kilku godzinach, a całkowicie poparzony kpr. Nickowski zmarł w szpitalu 19 maja 1944. Ten sherman stoi tak do dziś, jak pozostał po wybuchu. Wieża leży obok z wbitą w ziemię lufą, pancerz po prawej stronie jest rozerwany siłą eksplozji. Po wojnie z gąsienic shermana zespawano wysoki krzyż i umieszczono na czołgu, po bokach znajdują się tablice pamiątkowe pułku, wraz z wykazem poległych. Tablice z brązu kiedyś były trzymane przez kleszcze dwóch wielkich (ponad 1 metr) skorpionów z brązu. Piszę kiedyś – bo już w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku skradziono obydwa skorpiony. Szkoda, że ich nie odtworzono. Zapewne trudno podjąć decyzję o przywróceniu rzeźb, miejsce jest odludne, turyści tu nie docierają (pomimo że odległość od polskiego cmentarza nie jest duża). Nawet gdyby wielkie skorpiony były np. ceramiczne, to i tak znajdą się „chętni” na tak ciekawą rzeźbę, i chyba tylko z tego powodu ten polski pomnik pozostaje od lat ogołocony z symboli pułku. Przy „naszym” shermanie zapalamy kilkadziesiąt zniczy, zaciągamy wartę honorową i po krótkim odpoczynku ruszamy dalej, kierując się do miejsc znanych jako „duża i mała miska”. Teraz do akcji wkraczają Karpatczycy, przechodzimy przez teren walk 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Teren bitwy po 65 latach jest inny niż ten, który znamy z archiwalnych zdjęć. Wtedy zanikła roślinność, dzisiaj przyroda wróciła na swoje miejsce. Nasz przewodnik pokazuje nam linie natarcia i liczne stanowiska, bunkry. Pomimo że teren jest trudno dostępny i porośnięty kolczastymi krzewami, ślady walk są wciąż widoczne. Na ścieżkach sporo odłamków, na skałach ślady eksplozji, liczne schrony otoczone murkami z kamieni, resztki drutów kolczastych, pozostałości skrzynek amunicyjnych i opakowań po pociskach. Przechodzimy fragment drogi polskich saperów, a następnie kierujemy się na wzgórze 598 i do „Domku doktora”. To teren walk Karpatczyków. Dla mnie jest to szczególne miejsce. Idziemy przez miejsce walk 1 batalionu, w tym miejscu walczył mój dziadek, i tu w pobliżu tzw. „bramki” był ranny w bitwie. Z wysiłkiem maszerujemy pod górę, upał coraz większy, a w manierkach coraz mniej wody. Po chwili docieramy na wzgórze, „Domek doktora” był miejscem, gdzie znoszono i opatrywano rannych, z tego miejsca bataliony Karpatczyków wyruszały do walki o wzgórze 593. To właśnie na zboczu tego wzgórza (593) znajduje się polski cmentarz. Spod „Domku” ruszamy trasą natarcia, mijamy „bramkę” i docieramy na szczyt, gdzie znajduje się pomnik 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Monumentalny pomnik wykonany z trawertynu, z wieloma polskimi symbolami, wykutymi nazwiskami poległych i napisem w językach polskim, włoskim i angielskim: „Za wolność naszą i waszą my żołnierze Polscy, oddaliśmy Bogu ducha, ziemi włoskiej ciało, a serca Polsce”. W tym miejscu podczas bitwy było krwawe piekło, dzisiaj na szczycie wzgórza panuje cisza, w dole piękny widok opactwa Monte Cassino, wokół czerwone maki i panorama skalistych gór. Pod pomnikiem również krótki odpoczynek, dyskusja o bitwie i wiele pamiątkowych zdjęć.
Po wielogodzinnym forsownym marszu docieramy wieczorem do klasztoru. Grupa szykuje się do wieczornego spotkania z kombatantami, w Cassino. Mnie i mojemu jeepowi przypadła inna rola, konieczna była pomoc chirurgiczna dla jednej z rannych harcerek. Nie było czasu, willys pojechał z ranną do miasta w poszukiwaniu szpitala. W szpitalu okazano wiele troski, udzielono pomocy i wszystko zakończyło się szczęśliwie, a w tym czasie jeep przed szpitalem stał się obiektem zainteresowania kilku sympatycznych lekarzy.

Poniedziałek 18 maja

65. rocznica zwycięstwa w bitwie o Monte Cassino. Od rana przygotowania do uroczystości na cmentarzu. Doskonała pogoda, ale wciąż rekordowe upały. A my w naszych grubych wełnianych battle dressach. Jeepy ustawiono po prawej stronie przy wejściu na Polski Cmentarz Wojenny. My stanęliśmy na płycie cmentarza wraz z innymi uczestnikami.  Uroczystości trwały wiele godzin, był wielki upał, kombatanci w cieniu swoich parasoli wytrzymywali z wysiłkiem wiele godzin w skwarze. W uroczystościach uczestniczyli prezydent RP Lech Kaczyński, oraz żona generała Władysława Andersa wraz z córką. Obok pozostałe grupy rekonstrukcji historycznej również przybyłe z Polski.  Nowym akcentem była obecność niemieckich weteranów bitwy. Niemieccy spadochroniarze – „Zielone Diabły”,  podobnie jak wiele delegacji państwowych, również złożyli wieńce pod pomnikiem na cmentarzu. Po wielogodzinnych uroczystościach zabieramy naszych kombatantów do willysów (weterani nazywają je bantamami) i jedziemy ponownie do miejsc, które odwiedziliśmy wczoraj. Najpierw wyjazd do shermana 4. Pułku. Tu ponownie znicze i niezapomniane chwile, kiedy słuchamy opowiadania uczestników bitwy. Trudno uwierzyć, że minęło już 65 lat. To wszystko wydaje się takie bliskie.
Z „Gardzieli” jedziemy do Domku Doktora. Włoska rodzina, która tam mieszka i do niej wciąż zaglądają Polacy, zaprasza nas do domu, ale nie chcemy nadużywać gościnności. Nad wejściem do domu wciąż znajduje się pamiątkowa tablica w dwóch językach, o roli tego budynku w bitwie. Z kombatantami jedziemy jeszcze na szczyt wzgórza 593, tu tradycyjnie zdjęcia pamiątkowe i następnie odwozimy weteranów do klasztoru. Niełatwo wyrazić, co czujemy w takiej chwili. To jak podróż w przeszłość, i niezwykła jedność czasu, miejsca i akcji. Bantamy z weteranami walk, klasztor i łąki czerwonych maków.
Tego dnia wieczorem zaproszono nas na uroczysty obiad z udziałem weteranów, w hotelu Edra w Cassino. Obecny był kierownik Urzędu ds. Kombatantów, przedstawiciele wojska i wielu gości z Polski. Po tym spotkaniu pojechaliśmy do teatru w Cassino, na obchody „Dnia Polskiego”. Na szczęście mieliśmy sporo materiałów promocyjnych z Polski i dzięki temu można było pozostawić ślad wśród mieszkańców i miejscowych władz.
(ciąg dalszy za tydzień)

Tekst i fot.: Przemysław Pawłowicz

Kategoria artykułu: Historia

reklama

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin portalu.