Życie z żarłokiem
Gdybym mogła wybierać, chyba jednak wybrałabym niejadka. Nie musiałabym chować się z każdą przekąską, jeść obiadu w pośpiechu, żeby kochany synek nie wyjadał moich porcji.
Słowo „am” nie byłoby pierwszym, które słyszę codziennie rano nie otworzywszy jeszcze oczu. Mój syn nie zabierałby jedzenia innym dzieciom, nie zachowywałby się tak, jakby go rodzice głodzili i nie brałby wszystkiego, czym częstują go ludzie.
Do kuchni nie chodziłabym „na paluszkach” żeby mały łasuch nie pomyślał, że to już czas na posiłek.
Zakupów nie robilibyśmy na 3 dorosłe osoby, tylko na dwoje i ciut.
Wspaniale jest gotować dla maluszka, który zjada cały obiad i nie grymasi. Można przygotować najwymyślniejsze dania i eksperymentować w kuchni a mały łasuch pochłonie nawet brokuły z wątróbką, soczewicą oraz szpinakiem. I poprosi o dokładkę.
Pewnie, że błogo jest patrzeć na bobasa, po którym z daleka widać, że jest niezabiedzony, zdrowy i ma hektar policzków do całowania. Nie brakuje mu witamin ani żelaza, przecież owoce i warzywa zjada w każdej ilości, ale chyba są jakieś granice apetytu?
Wieczny żarłok przysparza mnóstwo radości i śmiechu, ale mało zabawne jest odmawianie dziecku jedzenia i ograniczanie mu porcji. Serce się kraja, gdy smutne oczka proszą o jedzonko, a ktoś (czytaj: mama) musi odmówić. Bo przed chwilą maluszek zjadł wielką porcję obiadu, a brzuszek wygląda jak balon.
Dlatego wolałabym niejadka. Nie musiałabym narzekać na łakomczucha, który najchętniej nie wychodziłby z kuchni. Pisałabym pewnie o tym, ile muszę się natrudzić, żeby nakarmić moje dziecko.