Jeszcze jeden blog WordPress

Zaraz wyjeżdżamy

lipiec 21st, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

Przed Piotrkiem i całą naszą rodziną wyprawa nad morze. To, co kiedyś było takie proste - pakujemy dwa plecaki i wsiadamy w pociąg,  teraz - stało się wielkim przedsięwzięciem. Po pierwsze - trzeba znaleźć takie miejsce, gdzie dojeżdża Intercity, żeby podróż maksymalnie skrócić i uprzyjemnić. Po drugie - znaleźć jakieś niezbyt drogie, przyjemne miejsce, blisko morza, najlepiej na paterze z wystarczającą liczbą łóżek, sprzętem plażowym i dogodnym dojściem lub dojazdem do najbliższej stacji PKP.

Wszytko już mamy. Rezerwację do Kołogrzegu, a potem osobowy do Ustronia Morskiego. Z powrotem jedziemy z Koszalina. Niby wszystko zaplanowane, ale już zaczynam mieć raisefieber. Jak damy radę z wózkiem, placakami, Piotrkiem. Trzeba wziąć bagaż podręczny - soczki, coś do jedzenia, górę kanapek dla starszych dzieci, hektolitry wody, pieluchy, chusteczki nawilżane. Jak wytrzymają tę podróż, czy Antek nie będzie ciągle pytał - “kiedy wysiadamy?” O Boże! Życie matki nie jest usłane różami.

Nagrodą ma być morze, nad którym sama byłam już dość dawno, a dzieci jeszcze nie. Córka postanawia, że będzie pisała dziennik podróży. Już zaczęła. Jest szansa, że nie będzie się nudziła w pociągu, bo chce pisać o wszystkim, co się będzie działo. Mam nadzieję, że Piotruś część podróży prześpi. Pakowanie zostawiam mężowi. On jakoś tak lepiej wie, ile ciuchów nam potrzeba, ja wzięłabym pół domu. A jeszcze kredki, bajki, malowanki do pociągu, jakieś zabawki dla Piotrka…

Co mnie podkusiło z tym cholernym morzem?! Mogłam jechać sobie spokojnie do Sławy, do Nysy, nad jakieś inne bliskie jezioro. Podkusiło mnie. Chciałam wynagrodzić dzieciom, że rok temu z powodu narodzin Piotrusia prawie całe wakacje siedziały w domu. Chciałabym, żeby to była prawdziwa nagroda dla nas wszystkich. No i ten jod. Bezcenne!

Do buzi, do nosa, do ucha

lipiec 15th, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

Prawie w każdej rodzinie jest opowieść jak to dziecko wepchnęło coś do nosa, do ucha lub zakrztusiło się, gdy chciało spróbować jak smakuje jakiś mały przedmiot. Dzieci uwielbiają wkładać różne małe rzeczy w różne otwory w ciele - fasolka w nosie, koralik w uchu. Roczny maluch, taki jak mój Piotrek wkłada do buzi. Już wyciągałam mu malutką piłeczkę od figurki “Ben 10″, kawałki gazety, małe zbawki. Uczuliłam starsze dzieci, aby patrzyły czym się bawi - żadnych małych przedmiotów!

Czasem nie upilnujemy dziecka. Moja córka włożyła sobie do nosa … kawałek skórki od mandarynki. - Oglądałam “Królewnę Śnieżkę”, jadłam mandarynki i wąchałam skórki - opowiadała później laryngologowi w szpitalu. Lekarz wyciągnął jej kawałek skórki czymś podobnym do szydełka. W takich przypadkach najlepiej od razu udać się do specjalisty, bo pamiętam, że wtedy pediatra nie podjął się tego zadania, tylko wypisał skierowanie.

W Polsce prowadzona jest społeczna kampania edukacyjna - “Pierwsza pomoc w przypadku zakrztuszeń”. Wiedzą o tym mamy, które kupują gazety o dzieciach, na przykład “Mamo to ja”. O ostatnim numerze był “Shrek Trzeci”, stąd wiem. Była także wkładka, jak ratować dzieci, które skończyły pierwszy rok życia, gdy się zakrztuszą.

Warto się z tym zapoznać, informacja oczywiście jest też w sieci. Mówiąc w skrócie, trzeba pochylić dziecko do przodu i otwartą dłonią 5 razy uderzyć je pomiędzy łopatkami. Możemy je też położyć w poprzek kolan. Jeśli to nie pomoże, trzeba klęknąć za dzieckim, pochylić je do przodu, objąć w pasie i zwiniętymi rękami 5 razy mocno uciskać nadbrzusze do góry i do siebie. 5 uderzeń pomiędzy łopatkami i 5 usiśnięć nadbrzusza trzeba wykonywać na prezmian i sprawdzać, czy ciało obce nie wypadło. Gdy dziecko traci przytomność przechodzimy do sztucznego oddychania, a potem 30 uciśnięć klatki piersiowej. To już osobny temat - jak udzielać pierwszej pomocy- warto poczytać o nim więcej i nauczyć się podstawowych czynności.

Dwa plus trzy

lipiec 9th, 2010 Posted in Bez kategorii | 2 komentarzy »

Województwo Kujawsko-Pomorskie ma być pierwszym, które zamierza wprowadzić lokalną politykę prorodzinną. Ma ona dotyczyć rodzin, które mają troje lub więcej dzieci, a więc takich jak moja. Samorząd województwa chce stworzyć tak zwaną “kartę rodzinną”, która uprawniałaby do zniżek na basenach, w domach kultury, na imprezach, a nawet na zakupach w centrach handlowych. Myśli się o stypendiach na naukę dzieci z wielodzietnych rodzin.

Fajna inicjatywa. Wiosny nie czyni, ale jakieś małe jaskółki w naszym życiu już są, na przykład bilety rodzinne PKP. Samorządowcy, którzy wpadli na pomysł wspierania rodzin większych niż 2+2, twierdzą, że chcą w ten sposób obalić stereotyp, że za wielodzietnością kryje się patologia, ubóstwo i tak zwana “ciemnota”.

Taki stereotyp jest bardzo trudno obalić, bo jeżeli coś raz - a dobrze - wryje się w mózgu, a większość myśli tak samo, to … powodzenia. Sama mam z tym problem. Jakoś dziwnie się czuję, myśląc o swojej rodzinie jako o rodzinie wielodzietnej, zwłaszcza, że niektórym nie mieści się w głowie, że można mieć dwoje dzieci, a co dopiero troje?! Pamiętam z dzieciństwa niewybredne komentarze kobiet (ciotek, sąsiadek, znajomych kobiet) na temat takich rodzin, przy czym określenie “królicza mama” należało do tych łagodniejszych. Nie mogę się z tym uporać do dziś, choć wiem, jak ogromne szczęście dają dzieci, szczęście, którego nie da się z niczym porównać - ani z karierą, ani z pieniędzmi, ani z wygodnym życiem. 

Rodziny wielodzietne, podobnie jak inne, potrzebują wyjść do teatru, do kina, do zoo. My potrzebujemy. A tam wysokie ceny, dlatego wszelakie zniżki ze względu na liczbę dzieci są bardzo mile widziane. Są karnety rodzinne we wrocławskim zoo, ale to ciągle mało. Za pobyt na oławskim basenie zapłaciłam w niedzielę 20 zł. Niedużo, ale za to kolejka za biletami była kilometrowa. Nie można było posadzić drugiej osoby do sprzedawania biletów? Zbyt trudne. - Niech pani coś o tym napisze! - prosi Czytelnik. Buduje się drugi basen, tym razem kryty. Czy będzie tam zniżka prorodzinna? Zobaczymy. 

 Wszelkie inicjatywy mające pomagać rodzinom są bezcenne. Dla niektórych to bzdury - kino i popcorn, niepotrzebne wydatki. Dla dzieci to bardzo wiele.

Papka w słoiczku

lipiec 1st, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

Czasem karmię Piotrusia gotowymi potrawami ze słoiczka. Rzadko, częściej jest to gotowy deserek niż danie obiadowe. Robię to oczywiście z wygody. Moja córka, którą urodziłam dziewieć lat temu w ogóle tego nie jadła. Można? Można. 

Nawyki żywieniowe i sposoby karmienia dzieci zmieniają się bardzo szybko. Idziemy w stronę gotowej, ładnie opakowanej, pokazywanej w telewizji papki, zalecanej (tak mówią) przez różnych mądrych specjalistów - specjalne dania dla dzieci, specjalne ciastka, soki, jogurty. Najpierw krowie mleko jest zdrowe - wzmacnia, wzmaga rozwój, pomaga w nauce, za chwilę - jest szkodliwe, bo coś tam ma, a czegoś nie ma. Idziemy na łatwiznę, kupujemy gotowy produkt. Na efekty nie trzeba długo czekać. Opiekunki w żłobkach i przedszkolach często skarżą się, że dzieci nie potrafią gryźć pokarmów i ich właściwie przeżuwać. Nie nauczyły się tego, jeżeli były długo karmione zmieloną i przetworzoną papką. Potem mają problemy. Nie chcą jeść warzyw, owoców, kasz, ryżu, chleba. Często nie dajemy czegoś dziecku, bo wydaje nam się, że ono tego nie lubi, a to nieprawda. Tak było z moimi dziecmi i kaszami jęczmienną i gryczaną. Zaczęłam podawać kaszę i bardzo ją polubiły. Podobnie jest z owocami. Całego jabłka nie chce się jeść, ale pokrojone w ćwiartki, znika z talerza. W urozmaicaniu jadłospisu, przedszkole jest nie do przecenienia. Moj syn pokochał tam naleśniki, gotowaną marchewkę i wiele innych potraw.

Nie zrezygnuję całkiem ze słoiczków, bo jak zechcę dać Piotrkowi “sałatkę z owoców lata”, to skąd wezmę te wszystkie owoce? “Normalny” sok jabłkowy, chleb z masłem, ciastko, jabłko starte na tarce, banan w kawałeczkach, zupa jarzynowa, jajko na twardo. Czeka mnie dużo pracy.

Nie chcę opierać się tylko na papce. Wszędzie jej pełno - w telewizji, w gazetach, w głowach. Dość!

Parytety muszą zaczekać

czerwiec 24th, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

To była sobota, gdy postanowiłam przemyśleć sprawę parytetów, a nawet o niej napisać. Zaczęłam czytać o II Kongresie Kobiet, który niedawno odbył się w Warszawie. Żona premiera, Małgorzata chwali się, że w jej rodzinie kobiety mają 50-procentowy parytet i to się sprawdza w domu. Teraz już wiem, dlaczego ciągle nie mam czasu - u mnie nie ma parytetu, my, kobiety jesteśmy w mniejszości. Przeciwnicy oddania połowy miejsc wyborczych kobietom obawiają się, że do parlamentu i innych ważnych instytucji życia publicznego, wejdą kobiety niekompetentne. Tak, jakby teraz byli w nich sami kompetentni mężczyźni! Bez jaj!

Dalsze rozmyślania o tym ważkim problemie przerwał Piotrek, który nie dość, że był głodny, to jeszcze śpiący i nie dało się tego nie zauważyć. Zrobiłam mu mleko, nakarmiłam i położyłam do łóżeczka. Zasnął. - Teraz mam chwilę spokoju - pomyślałam tak, jak pomyślałaby większość matek na moim miejscu. Zrobiłam sobie małą kawę. Niestety, spokój był tylko pozorny, ponieważ mój wzrok padł na okna, prawdę mówiąc - na brudne okna. W tych warunkach dalsze, spokojne picie kawy nie miało sensu, a ściślej - było niewykonalne. Część mózgu, która jeszcze przetwarzała parytetowo-społeczno-polityczne zagadnienia, szybko się wyłączała, ponieważ teraz na pierwszy plan wysunęła się sprawa firanek. Trzeba było je wyprać. Zajęta oknami pomyślałam jeszcze o kandydacie na prezydenta, który chciałby, “aby kobiety wchodziły do polityki w sposób naturalny”. - W sposób naturalny w naszym kraju to kobiety myją okna i pastują podłogę (tylko niektóre!) - pomyślałam. Na finiszu myłam okna już coraz szybciej, ponieważ wiedziałam, że jak Piotrek się obudzi, to połamie kwiatki, które położyłam na podłodze w pokoju Antka. Myłam, tęsknie spoglądając na laptopa, ale czułam, że tego dnia dokładniejsze rozstrząsanie skomplikowanych kwestii równouprawnienia kobiet będzie poza moim zasięgiem. Gdy skończyłam, w telewizji rozpoczął się “Ojciec Mateusz”. Obejrzałam kilka minut, bo obudziło sie moje dziecko, znów głodne. Poszłam do kuchni przygotować mu picie i jabłko z biszkoptem.

Potem przyszły z podwórka moje starsze dzieci. Najpierw chciały pić, potem jeść, a na końcu lody. Piotrek w międzyczasie porozwalał klocki, zbliżała się pora kąpania, obcinania paznokci, czyszczenia uszu, czytania bajek na dobranoc.

Już wiem, dlaczego w polityce jest tak mało kobiet.

Dzieci oglądają spoty wyborcze

czerwiec 17th, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

Moje dzieci (łącznie z najmłodszym) oglądają spoty wyborcze kandydatów na prezydenta. Lubią reklamy, a dymanika spotów reklamy jak najbardziej przypomina. Ponadto, te filmiki, podobnie jak reklamy mają nas przekonać, że nasza wiedza o otaczającej nas rzeczywistości jest w wielu punktach fałszywa. Nagle okazuje się, jak ważne są: rodzina, edukacja dzieci, służba zdrowia. Tylko w rzeczywistości tego nie widać. Brak pomocy dla rodzin wielodzietnych (zasiłek na poziomie 50 zł, itd), drogie podręczniki, źle wyposażone szkoły, brak miejsc w przedszkolach, wysokie opłaty za państwową opiekę nad dziećmi. O służbie zdrowia lepiej nie mówić, choć nagle kandydaci chcą rozmawiać. Zajmowanie się dziećmi nienarodzonymi było bardziej medialne, dawało większy poklask niektórych środowisk. Te, które się urodziły i ich rodzice, niech się martwią sami o siebie.

Syn, jak zobaczył podczas debaty Jarosława Kaczyńskiego, zawołał: - Mamo, pokazują jakieś bzdury, przecież on nie żyje! Tłumaczę, że zginął jego brat bliźniak, prezydent Lech Kaczyński. Córka spytała, czy trudno się wybiera prezydenta. Odpowiedziałam, że łatwo, wystarczy postawić krzyżyk przy nazwisku.

No właśnie. Czasem mam dość tego “bicia piany” polityków i zastanawiam się, czy nie zostać “trochę-anarchistką”. Zbojkotować wybory, olać państwo, które w tak wielu punktach olewa mnie i moją rodzinę. Ale co powiem dzieciom, które spytają, dlaczego wszyscy maszerują do lokali wyborczych, a my siedzimy w domu? Trzeba iść, trzeba dać przykład obywatelskiej aktywności. To ważne, bo dzieci interesują się polityką, choć tak tego nie nazywają. Ja też się interesowałam, gdy byłam dzieckiem. Znałam nazwiska z pierwszych stron gazet, wiedziałam (mniej lub więcej) jak funkcjonuje ustrój, w którym żyłam. Z zapartym tchem jako nastolatka śledziłam, to co się potem z nim stało, to wszystko, co działo się po 1989 roku. Uważałam te wydarzenia za ogromnie interesujące.

Dlatego idziemy na wybory. Wiem, że gdybym nie poszła, miałabym wyrzuty sumienia, a dzieci pytałyby mnie - dlaczego? I co miałabym im odpowiedzieć?

To już rok

czerwiec 10th, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

Dzisiaj moje Trzecie Dziecko kończy rok. Stoi w łóżeczku i pokazuje swoje sześć zębów w szerokim uśmiechu. Nie ma piękniejszego widoku.

Nawet pogoda jest taka jak wtedy. Gorąco było już bladym świtem, gdy po nieprzespanej nocy jechałam do szpitala. Dziś też jest upalnie. Wiele się zmieniło przez ten rok. Nie tylko u dziecka, które z dnia na dzień nabiera nowych umiejętności, a w prezencie na roczek dostanie nocnik. Ja sie zmieniałam. Tak czuję. Kolejne przejście przez męki porodu, przez te wszystkie upokarzające (ale konieczne) badania i procedury, te szpitalne przykrótkie koszulki, poplamione prześcieradła, duszne pokoje, mdłą, słodką herbatę. W tym wszystkim kobieta - wyczerpana, bolące ciało, ale jednak kobieta, choć czasmi jak przedmiot. Moja znajoma mówi, że nie chce więcej dzieci, bo nie chce znów tego przechodzić. Rozumiem ją aż nadto.

Zmieniłam się, bo już się nie buntowałam. Poddałam się temu, co jest raczej nieuniknione - odwiecznemu porządkowi świata, który karze kobiecie i mężczyźnie być razem, w tej pięknej bliskości, która czasem kończy się nowym życiem. Jak w powieści “Szczelina” Doris Lessing, którą właśnie kończę czytać. Kobieta-Matka, Kobieta-Życie, Kobieta-Namiętność. Nabrałam dystansu do siebie i do świata, staram się nie być drobiazgowa, aby pokazać moim dzieciom, że życie jest piękne, a ja potrafię się z niego cieszyć. Że chcę się cieszyć razem z nimi. Odrzucam bezcenne wskazówki polityków i innych gadających głów. Często wiem, co się kryje za fasadą ( już dość długo jestem dziennikarzem), myślę, co upiec i dobrego ugotować, co przeczytać, jakie ksiażki kupić dzieciom, gdzie je zabrać i co im pokazać. Wtedy moje dzieci są szczęśliwe - gdy jestem z nimi.

Piotruś  dopiero się uczy świata. Najczęściej na czworakach, choć coraz częściej staje, przytrzymując się łóżek, sofy albo szczebelków łóżeczka. Ma długie włoski, które podkręcają mu się z tyłu, jest śliczny i słodki. Potrafi robić “brawo” i “pa, pa”, uwielbia muzykę, piosenki i reklamy. Zaczął oglądać dobranocki. Wszystko go interesuje i cieszy, śmieje się w głos. Nasz skarb.

Moje dziecko raczkuje

czerwiec 2nd, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

Piotruś jest jedynym z moich dzieci, które opanowało sztukę raczkowania. Ani Marysia, ani Antek nie potrafili i nie chcieli raczkować. Szybciej wybrali pozycję wyprostowaną. Dlatego z wielką przyjemnością patrzę, co wyrabia Piotrek. Najpierw bardzo powoli przesuwał nóżkę za nóżką, zatrzymywał się i obserwował co się będzie działo. Teraz raczkuje tak szybko, wchodzi w każdy kąt, że główne pytanie w domu brzmi: - Gdzie jest Piotrek? A Piotrek jest dosłownie wszędzie. Chwila nieuwagi, a ściągnie z półek wszystkie zabawki i książki. Nie dość, że ściągnie, to jeszcze porozrzuca wokół siebie na pół pokoju. Widziałam, jak to robi - bierze zabawkę i rzuca do tyłu przez plecy. Wygląda to śmiesznie, ale efekty już nie są zabawne. - Mamo, Piotrek znowu rozwala! I tak bez końca.

Specjaliści piszą, że raczkowanie jest bardzo ważne dla rozwoju psychoruchowego dziecka. Na pewno jest bezpieczniejsze niz szybkie samodzielne chodzenie. Piotruś łapie się za szczebelki łóżeczka, opiera się o kanapę i wstaje. Sam siedzi na podłodze, bawi się i ogląda książeczki, lekko je podgryzając. Od kiedy raczkuje, chodzik jest już niepotrzebny, kolejny zbędny sprzęt. Maluchy mają takich “krótkoterminowych” rzeczy mnóstwo.

Na raczkujące dziecko trzeba bardzo uważać. Ja najbardziej boję się malutkich przedmiotów, zabawek, kulek, skarbów, które można znaleźć w każdym domu, w którym są dzieci. Piotrek bierze wszystko do buzi, o zadławienie jest niezwykle łatwo. Cały czas proszę dzieci, aby pilnowały czy w zabawkach, którymi bawi się Piotruś, nie ma malutkich elementów. Otarcia i siniaki to norma. Tu podrapie się samochodzikiem Antka, tam uderzy. Wywalanie skarpetek z szuflad przestało już kogokolwiek dziwić. Jest wesoło.

Aha, Piotrek potrafi sam pić mleko i sok z butelki. Wysoko na poduszce, żeby się nie zachłysnął. Lubię wtedy leżeć obok niego, całować go i patrzec, jak szybko urósł. 10 czerwca minie rok…

Koszmar oczekiwania

maj 25th, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

Gdy zaczęła się cała akcja  ratowania wałów, moje dzieci bały się wyjść z domu. Nie dziwię im się - na podwórzu worki, pełno ludzi, żołnierze, straż pożarna z łódką. Kuzynka zabrała je do Strzelina. Zostałam tylko z Piotrusiem. Ten z kolei nie chciał wracać ze spaceru do domu, bo interesowało go to, co się dzieje - samochody, traktory,  ludzie, dziennikarze. Gdy udało mi się “podrzucić” go komuś z rodziny, wiązałam worki. Przeziębił się i ma katar. Trudno było usiedzieć w domu w tych ciągłych nerwach i napięciu. Ciągle żyjemy w centrum wydarzeń, martwimy się o wały, ale jednocześnie cieszymy, że zalało nam tylko piwnicę, że nie musieliśmy się ewakuować,  że mamy wspaniałych sąsiadów na Zaodrzu, że mamy przyjaciół, którzy nam pomagają i są z nami. Ludzie są najważniejsi. Dziękuję im wszystkim z całego serca.

Moje dzieci miło spędzały czas ze swoim kuzynem. Przydała się komórka Marysi. Byliśmy w stałym kontakcie. Strasznie smutno i dziwnie było bez nich, gdyby nie Piotruś, nie wiem, jakbym sobie poradziła z tym wszystkim. To dzieci dają siłę do życia. Wróciły w niedzielę, jeszcze trochę przestraszone. Wieczorem Antek dał się wyciągnąć na rower. Wczoraj dzieci ładowały piasek do worków na podwórku. Dzisiaj poszły do szkoły, życie musi iść do przodu.

Wszyscy jesteśmy zmęczeni nocnym czuwaniem, tą atmosferą wyczekiwania i strachu. Mąż nie pracuje, ciągle na wałach. Ciągłe rozmowy na ten sam temat, ludzie na podwórku, przed naszym domem, mnóstwo śmieci, butelek po wodzie mineralnej, koleiny, błoto. “Po każdej wojnie ktoś musi posprzątać” - pisała Wisława Szymborska. Tak bardzo chcielibyśmy, aby już było po wszystkim, aby ta cholerna woda przestała cieknąć z wałów, aby nie padał już deszcz i żeby wreszcie  można było ściągnąć kalosze. Ludzie nie gotują obiadów, chodzą po ulicy w brudnych ubraniach z podkrążonymi oczami. Myślimy o mieszkańcach Starego Górnika, Starego Otoku, Siedlec, Zakrzowa, Jelcza-Laskowic. Wszędzie tam mamy znajomych. Dostaję maila od znajomej (takiej pokrewnej duszy), z którą widuję się bardzo rzadko. Mówi, że jest ze mną myślami, a wino węgierskie czeka na szczęśliwe zakończenie.

Właśnie zadzwonił mąż. Mówi, że znów zaczyna się ten koszmar - dziennikarze na podwórku, wojsko jedzie na wał. Ciągle przecieka, dziury są coraz większe…

Zalewa nas

maj 20th, 2010 Posted in Bez kategorii | Brak komentarzy »

Gdy wychodziłam do pracy, sąsiedzi zadzwonili do Straży Miejskiej, bo na ich ogrodzie pojawiła się woda. Niestety, wał przeciwpowodziowy przemaka i woda dostaje się także na nasz ogród. Przywieźli worki… Chyba pójdę do domu. Worki pojawiły się też na ul. Nadbrzeżnej. Zaodrze zaczyna się bać, ludzie wyszli z domów. W 1997 roku jeszcze tam nie mieszkałam, ale wtedy woda ominęła tą dzielnicę.

Dzwoni teściowa, żeby nie posyłać córki do szkoły. Nie ma jej kto zaprowadzić, bo teść układa worki z piaskiem. Jest coraz bardziej nerwowo. Decyzja zapadła - idę do domu i tak nie mam głowy do pracy. Chyba lepiej zaprowadzę dziecko do szkoły, bo w domu może być nerwowo.

U rodziny męża, a więc także mojej - w Starym Górniku - od kilku dni nie ma spokoju. Dzieci wywieźli do Oławwy. W 1997  ich zalało. Ledwo pozbierali się po tej tragedii, a teraz znów… Pechowe miejsce. - Przecież to polder zalewowy - mówią niektórzy. A ludzie? Co z nimi? Mają zostawić wszystko, ot tak sobie? Nie chcą opuszczać domów. Ja ich rozumiem, bo gdzie mają pójść, gdzie miałabym pójść ja z trójką małych dzieci? - To tylko rzeczy - mówią niektórzy, dziwiąc się, że ludzie bronią swojego dobytku. To nieprawda, to nie tylko rzeczy, to całe życie. Mówią, że woda ma się przelać przez murek nad Odrą i przez Rybacką płynąć dalej. Jest coraz gorzej, wszyscy się boją, a najgorsze przed nami. - Mamo, czy u nas będzie powódź? - pytają dzieci. - Nie będzie - uspokaja dziadek. - Skąd wiesz? - dopytują się.

Wierzymy, że wszystko będzie dobrze, bo co innego nam pozostało. Piotruś biega w chodziku po pokoju, nieświadomy niczego. Rozwala zabawki i się śmieje, a dzieci razem z nim. Ten śmiech rozbraja wszystkich, nie sposób się smucić.