wrz 28

 

W Oławie cudu rozmnożenia nie było. Ale cud skurczenia, owszem. Tłum internautów (ników), który żyć mi nie daje, tyle ma pytań i zarzutów, tak ciekaw programu, moich poglądów, stosunku do polityków (zarówno lokalnych jak i centralnych), pomysłów koalicyjnych, czy ja ogóle się na czymś znam czy też jestem tak głupia jak głupio wychodzę na zdjęciu, na którym wychodzę dobrze, bo powinnam wychodzić źle, tłum oburzony, który zapraszam na spotkanie wyborcze: w gazecie, internecie, na nalepianych ogłoszeniach (niektóre zdarłam dopiero dziś), tłum kurczy się i na spotkaniu jest cisza, spokój, pytania bez złośliwości…no aż nie miałam okazji się wykazać!

Cudowne skurczenie. Anonimowy wielonikowiec wraca w jednej osobie.

Trzeba się było na debatę zgodzić i swoich przyprowadzić do publiki. A nie tchórzyć.

PS. Jutro ukaże się gazeta, potem w internecie znajdzie się tekst o tym spotkaniu (nieautoryzowany, bo wypowiedź była publiczna). Oj, jak się mnożyć zacznie nieobecny wielonikowy, oj jak zacznie!

Autor admin

wrz 24

Odrobina rozrywki nikomu nie zaszkodzi, nawet w czasie kampanii wyborczej. Proponuję konkurs. Zacytuję fragmenty różnych utrwalonych w mowie i piśmie słów, a internauci będa zgadywać, kto je powiedział. Dodatkowe nagrody za podanie okoliczności, choćby przybliżonych, w których te słowa padły. Oto zagadka 1

 ” Tajemniczy X

(…) Tylko w latach 2002-2005 na terenie Lasów Państwowych wykryto i unieszkodliwiono 166 373 niewypały i niewybuchy. (Dzwonek)

Panie marszałku, mogę prosić o jeszcze jedną minutę?

Wicemarszałek Jerzy Szmajdziński:

O minutę – nie, bo na oświadczenie jest 5 minut.

W Parlamencie Europejskim jest minuta.

Panie pośle, 6 minut 26 sekund. Proszę całość złożyć do protokołu, zostanie opublikowana.

Bardzo proszę o zakończenie.

Dziękuję.

Ciężko było…

Tajemniczy X

Jeszcze końcówka, panie marszałku, tylko dwa zdania.”

Premia dodatkowa czyli okolicznosci: co to było i o której?

Autor admin

wrz 18

Wybory sołtysa i rady sołeckiej dotyczą mieszkańców jednej wsi. Bywa, że sołectwo obejmuje dwie wsie i jeszcze jakieś przysiółki, kolonie, za małe na samodzielne sołectwo. Wybory wójta / burmistrza i rady gminy/miasta dotyczą tej gminy i tego miasta. Powiatu – wg tego samego klucza, województwa (sejmik) także. Radni są od reprezentowania spraw obywateli swojego kawałeczka Polski. Na każdym szczeblu.

Wybory parlamentarne i samorządowe bardzo się różnią. Poseł ma dbać o całą Polskę. Okręg wyborczy (taki jak nasz) to 9 powiatów (mniej więcej stare województwo wrocławskie) z samym Wrocławiem po środku. Poseł  otwiera (a przynajmniej powinien) biura poselskie w powiatach, w których głosów  dostał najwięcej, żeby o społeczności lokalne, które mu zaufały, zadbać szczególnie. Tam można przyjść ze swoimi jednostkowymi problemami, zasięgnąć darmowej porady prawnej, zwrócić uwagę na nieprawidłowości, na coś, co nie działa, a powinno. Poseł w końcu zajmuje się problemami lokalnymi, pod warunkiem, że RADNI wszystkich szczebli przygotują propozycje rozwiązania problemu czyli określą czego chcą i dlaczego – dla swoich obywateli. Obywatele za pośrednictwem samorządu rozwiązują lokalne problemy, a te, które wymagają decyzji centralnych, zmian ustawowych, rozporządzeń na szczeblu ministerstw, pieniędzy tak dużych, że się ich lokalnie nie wygeneruje (np. obwodnice, wały przeciwpowodziowe, skutki kataklizmów), interwencji w centralnych urzędach (np. sprawa przekształcenia działek, która utknęła w ministerstwie) wędrują do posła. Ten łaski nie robi i o taką sprawę zawalczyć musi.  

Poseł, który twierdzi, że „swoim załatwia”, kłamie. Załatwia sobie. A jakimi metodami? Poprzez stwarzanie pozorów bycia człowiekiem, który „ma wejścia”, „zna kogo trzeba”. Takie zjawiska nazywamy „korupcjogennymi”. Jak w takim razie nazywamy człowieka, który się takimi metodami posługuje?

Warto czasami wyjechać choćby 100-200 km od domu i zobaczyć Polskę poza Oławą. Są rzeczy, które doskwierają nam wszystkim. Wszyscy cierpimy z tych samych powodów. To na te wspólne sprawy ma wpływać sejm. Parlament to nie jest zbiór posłów, którzy lokalnie załatwiają dla swoich coś, bo mają wejścia i znają kogoś. To by się skończyło kolejnym „rozpadem dzielnicowym”. Ludzie walcząc o wolność i demokrację, przez pokolenia poświęcali kariery, zdrowie, często życie, właśnie po to, żeby państwo działało tak, jak to w skrócie opisałam wyżej.

Nasz Radny wojewódzki, Jacek Pilawa jest moim starym znajomym. Gdybyśmy w życiu oboje mniej pracowali a więcej czasu poświęcali na życie towarzyskie, pewnie mogłabym napisać, że jesteśmy przyjaciółmi. Jest dziennikarzem – kronikarzem i człowiekiem wrażliwym. Interesuje go świat w rozumieniu globalnym i lokalnym. To nas łączy. Czy można sobie wyobrazić, że jako poseł nie będę z nim współpracować w sprawach ważnych dla powiatu oławskiego, dlatego, że jest z PO a ja jestem bezpartyjna identyfikująca się z PiS-em? Albo, że nie będę współpracować z Przemkiem Pawłowiczem, o którym mogę powiedzieć to samo, co o Jacku? A może się nadymam na cały Zarząd powiatu i starostę (dla odmiany z PiS-u)? Albo obrażę się na wójta, z którym od kilkunastu lat jestem „na  ty”, za to, że mnie nie poparł oficjalnie, tylko mojego konkurenta, bo ten obiecał („załatwił”) parę złotych od Marszałka na halę sportową w Gaci? Będę torpedować starania gminy, w której dorastają moje dzieci? To przecież bez sensu! A może zacznę szkodzić/nie wspierać miasta, w którym mam lekarza rodzinnego, gimnazjum, liceum i inne szkoły, do którego poślę moje dzieci? Może będę przeciwna budowie dróg i obwodnic, skoro sama podróżuje i to więcej niż normalny obywatel? Pójdźmy wszyscy po rozum do głowy, a potem do urny.

I jeszcze jedno nieporozumienie. Numer na liście jest sugestią dla wyborców, którzy mają poglądy polityczne, ale nie znają bliżej żadnego z kandydatów. Mandat dostaje ten, kto zbierze najwięcej głosów. Liczba mandatów zależy od ilości głosów oddanych na całą listę. Jeśli lista uzbiera głosów np na 5 mandatów, wejdzie do semu 5 osób z listy nie w kolejności na karcie do głosowania, ale wg ilości zebranych głosów.

Chcę być waszą posłanką. Wierzę, że biura poselskie otworzę w Oławie, Jelczu, Wołowie, Wińsku, Strzelinie. Wierzę, że będą to biura wspólne z innymi posłami okręgu. Czy będą oni przyjeżdżać na dyżury, zatrudniać człowieka, który będzie pilnował, żeby sprawy, z którymi przychodzą obywatele nie lądowały na dnie szuflady? Nie wiem. Ja będę.

Autor admin

wrz 02

 

Siostry, kto by tu jeszcze do naturalizacji?

To nie żart. Oława ( a właściwie powiat oławski) okazał się górą, i to nie po raz pierwszy. A już na pewno nie po raz ostatni. Otóż na mój apel o debatę wyborczą odpowiedzieli internauci (w porywie dumy i serca, bez głębszych efektów – ale to raczej chwilowe) a potem kobiety – kandydatki. I to bardzo konkretnie. Wszystkie chcą, żadna się nie boi!  Tak się fantastycznie złożyło, że to MY, kobiety, a nie WY samce, stanowimy na Oławskiej Ziemi pełną reprezentację wszystkich partii parlamentarnych w Polsce. My wszystkie chcemy damskiej debaty o problemach do rozwiązania przez nowy (niewątpliwie lepszy) parlament RP. Zarówno lokalnych (choć to zadanie samorządu, a nie rządu) jak i globalnych. Tak się niestety składa, że problemy lokalne (samorządowe) są nam, zwykłym obywatelom, fundowane przez władze „globalne” czyli ustawodawcze.

Najprostszy i najbardziej aktualny przykład: VAT na podręczniki i wzrost ich cen załatwił nam parlament. Koszty ponosi każda dzieciata rodzina. Gmina odpowiedzialna ustawowo za wspieranie najbiedniejszych wykłada kasę (naszą wspólną) na wyprawki dla najuboższych. Ci normalnie ubodzy (a nie szczególnie) czyli ci, którzy się na „miłosierdzie gminy” nie załapują, kupią książki za swoje, ale już na lizaka czy nowe buty nie wydadzą, bo nie będą mieli. Ktoś więc nie zarobi na produkcji i sprzedaży tychże i nie będzie miał na książki. Pójdzie więc do gminy po wyprawkę. Z obiadami w szkole jest podobnie. Oto najbardziej podstawowa różnica między władzą centralną i lokalną. Żeby się za to zabrać, trzeba być kobietą. Trzeba się nie bać.

Trzeba odpuścić sobie wizję „posła z PRL-u”, który głosuje jak głosuje, a na otarcie łez „coś swoim załatwi”. Ja dziękuję za załatwianie, dobrze tym krajem trzeba zarządzać, a nie indywidualne przedwyborcze dziury łatać zdjęciem z mównicy czy stówką na boisko.

Trzeba widocznie być kobietą, żeby mieć odwagę o tym podyskutować publicznie. Gratuluję wszystkim moim koleżankom - kandydatkom. Gdzie i kiedy? Ustalimy, ogłosimy, zaprosimy. Trzy rzeczy są pewne: będzie przy drzwiach otwartych, w dzień powszedni, po pracy. Media też przyjdą. Daj Boże wszystkie.

Autor admin

sie 27

Przypomniał mi się kawał. Nowak i Kowalski byli sąsiadami. Nowak miał opinię sknery, a Kowalski zazdrośnika. Przyszedł dzień, kiedy Kowalski potrzebował sekatora do przystrzyżenia żywopłotu. Ale go nie miał (sekatora, bo żywopłot, owszem). Poszedł więc do Nowaka i całą drogę tak rozmyślał:” skubaniec, ten Nowak, wszystko ma, nawet sekator. A ja musze pożyczać. Wszyscy wiedzą, że to kutwa i żyła, nie pożyczy mi, okłamie, że popsuty, albo co. Nie, to bez sensu, że do niego idę. To sknerus.” Itd., itd. W końcu tak nakręcony zapukał do drzwi Nowaka. Sąsiad otworzył, uśmiechnął się i mówi: „cześć Kowalski, co słychać?” Na co ten mu odpowiedział „a wsadź sobie w d… ten sekator!”. 

Internauci twierdzą, że potrzebna jest debata między oławskimi kandydatami do Parlamentu RP. Ja ich popieram. Żeby tylko nie było jak z Nowakiem i Kowalskim (ja się ani jednym ani drugim nie czuję), proponuję, by Internauci byli pośrednikami w tej sprawie. Ja jestem na tak, można do mnie pisać, moje adresy www.,  email, FB i Blog są wam znane. Inni też są miejscowi, więc jakoś ich znajdziecie. Czekam na propozycję. Czy wyjdzie czy nie wyjdzie, w przyszłym tygodniu przedstawie wam mój plan spotkań w naszym powiecie, na które was serdecznie zapraszam. Pytania i odpowiedzi twarza w twarz. To o co się dopominacie i czego mi osobiście bardzo brakuje. Do zobaczenia. Wasza Kreska. (ten podpisik jest specjalnie dla tych, którzy szukaja punktu, zeby się zaczepić i mi przywalić, że prymitywna jestem w kampanijnych chwytach. Niech mają);-)

Autor admin

sie 26

Parytety wymyślił kto inny (a w każdym razie forsował). Czy z nich korzystam? Gdybym była facetem z płci (a nie tylko z charakteru), to by mną lista PiS wzgardziła? Nie sądzę. Zwłaszcza, że nie jestem pierwszą, ale druga babą na tej liście. Jestem pierwszą osobą z prowincji (czyli tzw. obważanka, tj. powiatów otaczających Wrocław- największe siedlisko elektoratu). Czy przemeldowałam się tu, żeby się załapać na piewrszą 10-tkę? Nie, bo pod Oławą znalazłam „swoje miejsce na zawsze” zanim powstał PiS. Czego by się więc tu czepić? Że się nie nadaję „na salony parlamentarne”, bo nie jestem politykiem i w dodatku jestem z prowincji. I kto rzuca ten argument? Oławski wyborca, a nie asystent Obamy. Cóż to, nagle się okazuje, że bycie politykiem jest ok, a zawodowcem w innej branży nie? Z jednej strony się cieszę. Polityk- brzmi od dłuższego czasu obrzydliwie. Pierwszy, którego wolno lżyć i szkalować bez pamięci i bez konsekwencji (przynajmniej anonimowo). A tu chwalba! No cud nad Oławką!!!  Trzymam za taki ton. Polityk to ktoś odpowiedziaalny za elektorat czyli obywateli, także tych bez prawa do oddawania głosu (a to połowa) czyli za państwo jako organizm. Trzymajmy się tej definicji, jest pozytywna. Jak zostać politykiem? Trzeba zostać wybranym. Za coś, z jakiegoś powodu.  Albo skończyć szkołę polityczna i zostać nadanym (tak było w PRL-u). Jakoś nie tęsknię. A wy?

Pouczana jestem przez internautów (a właściwie jednego, ale w trzech osobach), że muszę być grzeczna, bo mnie nie wybiorą. Ostatni raz z prawa pouczania mnie, że mam być grzeczna, skorzystała moja mama, gdy szłam do pierwszej Komunii. „I pamietaj, masz być grzeczna, bo się alba pobrudzi”. Potem mówiła jak się powinnam, a jak nie powinnam zachowywać. W okolicach matury dała za wygraną. W dorosłym życiu byłam niegrzeczna: niegrzeczny dziennikarz, niegrzeczny rodzic na szkolnym zebraniu, niegrzeczny świadek w sądzie. Chcecie mieć kolejnego „grzecznego polityka”, to go sobie wybierzcie. Ja będę politykiem niegrzecznym. Przysięgam.

Autor admin

sie 13

  …która robi filmy. Tak jak pani wójt Domaniowa nadal jest wójtem (i kandydatem), a poseł Kaczor – posłem itd.

Dlatego zapraszam na pokazy mojego filmu pt. „Zmartwychwstania miało nie być”. Dodam, że film ma współautora, jest nim Patrick Yoka (tak, tak, ten który pisze scenariusze i reżyseruje „Kiepskich”). Film jest na wskroś poważny.  Z Patrickiem robimy od czasu do czasu rzeczy bardzo poważne, mimo, że on na co dzień uprawia bardziej „rozrywkową” sztukę. Człowiek renesansu czy co?

 Jeśli ktoś był na pokazie kilka miesięcy temu w Ośrodku Kultury w Oławie, to film widział. Jeśli nie, może zobaczyć go w tym tygodniu w Siechnicach ( środa, godz.19.30 w GOKU ul. Fabryczna 15) lub w Jelczu (czwartek godz. 19.15, w nowej siedzibie MGCK ul. Oławska 23 J obok banku ING). Wstęp wolny. W telewizji jeszcze tego filmu nie było.

Powstawał blisko 4 lata. Historia zaczęła się wtedy, gdy w Boguszowie – Gorcach dorosły mężczyzna zabił 10 letniego chłopca. Zabójca był mistrzem, a ofiara uczniem. Mężczyzna był „tutejszy”, chłopiec „obcy”. Jego rodzina przeprowadziła się tu zaledwie 5 lat wcześniej. Sebastian i Mistrz trenowali sztuki walki. Zabójca był guru, był najważniejszy, najmądrzejszy, najlepszy. Tata chłopca pracował za granicą, ale właśnie planował powrót. Chcieli się wyprowadzić, mieli złe przeczucia, niepokoiła ich więź między nauczycielem i Sebastiankiem. Nie zdążyli.

Zabójca prowadził chłopca plenerową Drogą Krzyżową na górę Chełmiec. W połowie drogi skręcili w bok. Tu się to stało. Tu go pochował. Potem wskazał to miejsce policji.

Dla mediów ta historia skończyła się wraz z wyrokiem sądowym. Dla nas, autorów filmu, nie. Na pointę czekaliśmy jeszcze rok. W beznadziei i rozpadzie okaleczonej rodziny, zdarzył się cud. A my z autorów staliśmy się drugoplanowymi bohaterami tego filmu.

Film otrzymał w ubiegłym roku nagrodę Grand Prix Centrum Myśli Jana Pawła II „Nova Hereditas” (Nowe dziedzictwo).

Po pokazie możemy porozmawiać. Zapewniam, że po obejrzeniu go ani Wy, ani ja nie będziemy mieli ochoty mówić o polityce. Tak jest za każdym razem.

Zapraszam.

 

Autor admin

sie 13

Stały forumowicz GP – WO, na którego złość zawsze mogę liczyć, znalazł na mnie haka. Napisał „Ja do pani Krysowatej.
Dlaczego nie zaprotestowała pani, gdy na spotkaniu Aeropagu, pan Pospieszalski mówił o zmowie mediów, że właściciele stacji prywatnych współpracowali ze służbami PRL. Jak to się ma do współpracy pani z telewizją Polsat. 
Jak to jest, że by kariera dziennikarska się rozwijała współpracuje pani z telewizją Polsat, a telewizję tę politycy PIS mówią o współpracy Solorza ze służbami PRL, oceniają medium, jako nierzetelne, obok TVN. Czy to nie jest pewna hipokryzja(…)?”- pisownia oryginalna.

Nie jest to moja hipokryzja, bo ja nie jestem hipokrytką. Mówię/piszę to oczywiście za siebie. Tak jak zawsze za siebie mówię/piszę to, co mówię/piszę. Dziennikarstwo uprawiam (amatorsko i profesjonalnie) od 16-roku życia. Za komuny pisałam np. o festiwalu w Jarocinie do tygodnika ogólnopolskiego młodzieżowego. Napisałam „ksiądz przechadza się między namiotami, zatrzymywany przez młodych ludzi przystaje i ich spowiada”. Po interwencji cenzury musiałam zmienić na „człowiek w sutannie przechadza się miedzy namiotami, rozmawia z młodymi ludźmi, szeptem i pojedynczo”. Otóż to jest przykład tego, że w każdym systemie można (z większym lub mniejszym trudem) znaleźć miejsce na opowiedzenie kawałka prawdy. 

Z Polsatem współpracowałam (z przerwami)od 1999 do 2009. Robiłam (najdłużej) program „Nasze dzieci” pod patronatem Fundacji Polsat. Zaangażowany po stronie dzieci krzywdzonych, lekceważonych, rodzin w kłopocie itp. Czy pytanie cytowanego internauty jest do mnie? Po tej dobrej współpracy pozostał jeden dobry dowód rzeczowy. Znajduje się w Środzie Śląskiej. Otóż zaraziłam panią Prezes Fundacji „Polsat Dzieciom”  (czyli żonę Zygmunta Solorza) ideą rodzin zastępczych i rodzinnych domów dziecka. Szukała więc ona miejsca w Polsce, gdzie za pieniądze ofiarowane Fundacji, zbuduje taki dom. Od fundamentów po dach. Poprosiła mnie o wskazanie „dobrego powiatu”, który taki dar przyjmie i godnie wykorzysta. Niestety ani ówczesny samorząd naszego powiatu (pracownicy od spraw dzieci się do dziś nie zmienili) ani ówczesny powiatu z którego pochodzę, nie był zainteresowany. Woleli mieć TYLKO tradycyjny dom dziecka. Środa Śląska, gdzie jako dziennikarz ”robiłam tematy” o dzieciach, która o dzieci troszczyła się prawdziwie,  złapała pomysł natychmiast. I tam stanął ten dom i tam kilkoro dzieci dostało szansę na normalne życie. Jeśli ktoś z Państwa chce znać szczegóły, odsyłam do strony internetowej Fundacji i Środy Śląskiej. Ten sam internauta na forum GP-WO przybiera kolejną postać i pyta czy zapomniałam o współpracy z „Gazetą Wyborczą”. Gdyby ktoś zajrzał na moja stronę internetową (www.krysowata.pl) wiedziałbyś, że nie, nie zapomniałam i tego nie ukrywam. Nie wstydzę się i nigdy nie będę się wstydziła żadnego reportażu, jaki tam zamieściłam. Żeby je przeczytać, trzeba niestety zapłacić wydawcy za dostęp do archiwum. W aktualnych wydaniach mnie Państwo nie znajdziecie.  To byłby wstyd, przyznaję. Chyba, że zechcą mnie na łamach oszkalować, tak jak internauta usiłuje to zrobić tu i ówdzie. Mam to w nosie. Jestem silną kobietą, nie radzę sprawdzać jak bardzo.

Nie wstydzę się też felietonów o dzieciach, młodzieży i rodzinie w „Nowym Dniu”, który przez kilka miesięcy wydawała Agora. Wstydzę się, owszem, ale za te media, które wyglądają dziś tak, jak dziś wygląda „GW”. To ich świetność minęła, nie moja. Jestem dziennikarzem starej daty. Nie kłamię w sprawach, które poruszam, , nie odpuszczam tematów, których się podjęłam, nie zdradzam moich bohaterów. A jeśli media tego ode mnie nie chcą, nie zmieniam zasad, ale milczę.

Media (większość, nie wszystkie, niektóre internetowe i lokane na pewno nie)  boją się dziś takich zasad. Chociaż to o nie walczyliśmy 30 lat temu „żądając wolnych mediów”. Dlatego idę do sejmu. Jako dziennikarz. Powalczyć.

Autor admin

sie 02

Wykarmiła dwóch braci, choć nie byli jej synami. Ba, nie byli nawet tego samego gatunku: ona-  dzikie zwierzę, oni – ludzie. Ona – drapieżna i zuchwała z natury, straszna i niedostępna, oni – bezradni, niewinni, tylko jeść i spać. A jednak to oni stworzyli potęgę Rzymu. Dzięki niej. Taka przynajmniej jest legenda. Oni – Romus i Romulus. Ona – Wilczyca, najsłynniejsza mama zastępcza.

Tyle symboliki. A teraz realia. Lada dzień (zapewne) zostanie podpisana nowa ustawa, popularnie zwana „o pieczy zastępczej”. Jest tam sporo paragrafów o pomocy rodzinie biologicznej i drugie tyle o adopcji (dużo tego, za dużo na jeden wpis, więc innym razem).

Dziś o rodzinach zastępczych: pogotowiach, spokrewnionych i niespokrewnionych, rodzinnych domach dziecka. Ustawa w tej części brzmi przeważnie dobrze, wygląda dobrze i być może jest dobra. Tak czy śmak trzeba się przygotować na jej wprowadzenie. Trzeba zatrudnić asystentów rodzin, koordynatorów, ustanowić „rodziny zaprzyjaźnione”, które zajmą się dziećmi, gdy opiekunowie pojadą na urlop (płatny, jak nigdy dotąd). Jest w końcu trochę grosza na etat dla mamy, żeby nie musiała być mamą 24 godziny na dobę, 12 miesięcy w roku na umowę zlecenie czyli bez ochrony.

Do tego dobra (choć czasem wymuszona) wola pracownika PCPR, który będzie szukał wakacji dla tych dzieci, które się na zwykłe kolonie nie nadają, żadne biuro turystyczne ich nie przyjmie  (niepełnosprawność, FAS, ADHD, upośledzenia). Obowiązkowa wręcz współpraca urzędników z mądrzejszymi od siebie (czyli specjalistami z różnych fundacji i stowarzyszeń). Po to, żeby nadrobić (na ile to możliwe), czas zmarnowany, czas tym dzieciom odebrany przez rodziców biologicznych. Najczęściej sami byli wychowankami klasycznych domów dziecka, więc skąd mają wiedzieć o co w życiu chodzi? Nadrobić ile się da. Zaakceptować to, czego się nadrobić nie da. Nauczyć je żyć normalnie, cokolwiek to  znaczy.

Zapraszam na kolejne spotkanie Oławskiego Stowarzyszenie Rodzin Zastępczych  „Drogowskaz”.

O tym, o konkretach mówić będziemy „u Gorczycy” czyli w domu katechetycznym przy parafii św. ap. Piotra i Pawła, pl. Zamkowy, wejście od pl. Piastów w poniedziałek 08.08. o godz. 19.

Rodzice zastępczy: spokrewnieni i niespokrewnieni. Także ci z was, których interesuje taki rodzaj pracy. Przyjdźcie. To do niczego nie zobowiązuje. Po prostu porozmawiamy.

Autor admin

lip 02

Żaden narzeczony z mojej pierwszej młodości, ani ślubny mąż, ani nawet żadne moje dziecko nie tęskniło  za mną tak, jak niektórzy internauci. Pewnie wyjdę na osobę próżną, dlatego dodam natychmiast: nie tęsknił za mną nigdy nikt tak agresywnie. To imponujące.

(Dla niezorientowanych  http://www.gazeta-olawa.pl/artykul-3050-pis-wystawia-krysowata.html) i  http://www.gazeta-olawa.pl/artykul-3076-z-braunem-tylko-o-filmie.html

Po kilku (a może nawet kilkunastu dniach) oddawania się realnemu życiu, pewnie później niż obiecałam,  zaglądam do wirtualnego świata i czego się dowiaduję? Że jestem cienka (szkoda, że nie w pasie), tchórzliwa (dobrze, że nie ma wojny) i w ogóle nie mam nic do powiedzenia (mąż nie uwierzy!), bo nie jestem na usługach internautów, którzy podobno ze swoich podatków (?) utrzymują moją kampanię, której nie ma, moje biuro poselskie, którego nie ma (ale dziękuję za dobrą wróżbę) i mają prawo żądać ode mnie dyżurów przy komputerze (sic!).

Zarzuca mi się również, że jestem gotowa, jak gimnazjalistka, o płatkach i bławatkach z Nel i Wujem, a już z Karolem niekoniecznie.

Otóż drodzy internauci, odwzajemniam Waszą miłość. Nie ważne czy to Staś, czy Nel czy Karol czyli Grześ. Że o Wuju nie wspomnę.

Kto strzela ślepakami, może stracić oko, ale nie życie. A hałasu przy tym tyle samo. Wysiłku nie mniej. Więc po co? Przyjdzie czas kampanii (raczej nie „kampanji”), przyjdzie czas na program. Sprawy lokalne? Jakoś ostatni wpis, bardzo lokalny, nikogo nie nakręcił. Jeśli kwestia gejowska jest lokalna, chętnie podyskutuję z lokalnymi gejami. Jestem jednak przekonana, że do takiej dyskusji nie dojdzie. Bo osoby o takiej orientacji, które starają się żyć poważnie, są delikatne, traktują kwestie seksu intymnie czyli bardzo osobiście. Nie chodzą na parady, nie wymachują podrabianą stułą ani żadnym własnym organem na ulicy. Żyją tak, jak potrafią, dzielą się z najbliższymi tym, co uważają za cenne i ważne. Propaganda ich drażni, bo im ubliża o wiele bardziej niż tzw. „nietolerancja”.

Jeśli heteroseksualni internauci chcą zabrać głos w ich imieniu, niech najpierw zapukają do sąsiada geja lub sąsiadki lesbijki i zapytają czy sobie tego życzą. A, najważniejsze: koniecznie niech będą  to homoseksualiści lokalni (czyli z Oławy, Jelcza-Laskowic, Domaniowa lub okolicy tych stolic gmin). Moi homoseksualni znajomi z Warszawy czy Wrocławia i tak będą po mojej stronie, więc radzę nie tracić czasu na podróże.

W następnym wpisie obiecuję zadowolić werbalnie (czyli słowami) heteroseksualnych internautów zaniepokojonych moimi poglądami zamieszczonymi w wywiadzie wyborczym do samorządu z listopada ubiegłego roku.

Kłaniam się nisko i w ciuchach.

 

 

 

Autor admin