Na początku mojej przygody z blogiem obawiałam się, że go zaniedbam, bo nie będzie o czym pisać. Teraz wiem, że nie piszę wtedy, kiedy dzieje się za dużo.
4 marca odszedł Pan Kaziu.
Przez pierwsze dwa tygodnie nie mogłam sie odzwyczaić od wyłączania świateł przed podjazdem do garażu. Reflektory waliły prosto w jego okno od sypialni, więc jako sąsiadka, podjeżdżałam pod bramę po ciemku, żeby go nie budzić. Zamieściłam nasze wspomnienie o nim w papierowym wydaniu GP „Dobranoc, Panie Kaziu…”. Co więcej można zrobić? W najbliższy wtorek będzie za niego sąsiedzka msza w wierzbnie o 18.00. Gdyby komuś było po drodze.
Naszą ostatnią rozmowę wiedliśmy w szpitalu i dotyczyła polityki. Opowiadałam jak udało mi się zorganizować wizytę Ziobro, Kurskiego i Kempy we Wrocławiu, a on mi na to: ” A dużo macie już członków? Szkoda, że ja już nie będę głosował”. Ostatnie spotkanie następnego dnia obyło się już bez słów. To zdumiewające, jak wielu ludzi za nim tęskni. W felietonie dla Gościa Niedzielnego wspomniałam go tak:
„Kargul z charakteru, Pawlak z wyglądu
A historię miał jak obaj. I zaciągał jak trzeba. Kazimierz
Bzowy czyli Pan Kaziu. Bardzo lubił ochrzaniać. Pod jednym wszak warunkiem: że
było za co. Rozkręcał się, gdy ktoś mu odpyskował. Byliśmy sąsiadami, więc
powodów było tyle, ile dni w tygodniu. On w naszej wsi pod Oławą mieszkał od
zawsze, to znaczy od kiedy skończyła się wojna, a tu, na Ziemiach Odzyskanych
nastała Polska, niestety Ludowa. My – wieśniacy z odzysku, zaczęliśmy się
budować za jego płotem 50 lat później. Ciągle coś nam pożyczał, a my wciąż nie
oddawaliśmy mu na czas. Przychodził więc do nas ze swoim Azorkiem u nogi i
ochrzaniał. Jednego razu zawołał: „Kreska, ty chcesz, żebym ja był twój wróg”?
A ja mu na to: „Cmentarze Dolnego Śląska są pełne moich wrogów. A obok każdego
grobu wroga, jest taki mały grobek. To jego psa!”. Pan Kaziu schował Azora za
sobą i nie dawał za wygraną: „Ty pójdziesz za to do piekła!” Ja: „Ale z panem”.
„A tu masz rację. Bo i tam będziemy sąsiadami. I na tym będzie polegało moje
piekło!” – odgryzł się.
Lubił wspominać, jak pierwszy raz przyjechał w te strony
prosto z wojska, odszukać rodziców, których spod Podhajec rzuciła tu
repatriacja. Szedł nocą ze stacji, nagle patrzy, przy drodze niemiecki żołnierz
w płaszczu, pochylony, z giwerą wyciągniętą w jego stronę. Pan Kaziu skoczył do
rowu. A Niemiec ani drgnął. Okazało się,
że to tylko młoda czereśnia o takim ludzkim kształcie.
Kiedy w latach 90-tych niemiecka fundacja odgrzebywała
szczątki swoich żołnierzy pochowanych w naszych ogródkach, zebraliśmy się
wszyscy nad wykopem. Pan Kaziu westchnął. „Ot, czasy ta wojna, czasy. Jakie
kosteczki drobne, jakie chłopaki to były młode. Co taki żołnierz prosty
winny?” „Ale jakby ta czereśnia okazała
się prawdziwym Niemcem, to by pan do niego strzelił?” „A oczywiście! Wojna to
wojna, paskudna sprawa, mówiłem”.
Czereśnia wyrosła, zdziczała, trochę uschła, ale kształtu
nie zmieniła. Nazywamy ją „Niemiec”. W zeszłym tygodniu właśnie się troszkę
zaczęła zielenić. Widzieliśmy, wracając z pogrzebu Pana Kazia. Ostatniego w
naszej wiosce z pokolenia, który tu Polskę zaczynał i nie miał żalu do prostego
Niemca.”
Minął miesiąc. Choć w tym, co nazywamy polityką, dzieje się dużo, zostawiam to na po świętach.