Listopad 11, 2011 Brak komentarza

Cudowne uzdrowienie

Dzięki temu, że powewziął sobie, że nie napisze, kralle przeżył. Leży w przestronnym pokoju. Za oknem park tonie w słońcu, służby miejskie nie zdążyły odkurzyć liści, baraszkują dzieci. Ani widu ani słychu o zadymach na 11 Listopada. Sielanka.

Okres rekonwalescencji kralle umila sobie seansami filmowymi. Płyta za płytą lądują w CD-roomie. Procesor się grzeje, czy jak to się nazywa, na pulpicie, dysk-D. „Dom zły” Wojtka Smarzowskiego – idealny dla kuracjuszy ze względu na kojące działanie. Scena z Arkadiuszem Jakubikiem w prochowcu, pod krawatem i w samych slipkach, jak mu Kinga Preis ceruje nogawkę. I powiedzmy wreszcie tę prawdę o Polakach: piją na umór, cmokają się i kochają, a potem gotowi sobie skoczyć do gardeł.

Nie to co prawdziwe męstwo dziewczynki z warkoczami, z filmu braci Coen. Ta od początku mówiła czego chce i konsekwentnie zmierzała do celu. Czy przy negocjacjach stawki za konie taty, czy angażując starego opoja z papierami szeryfa. Zwłaszcza w pierwszej części film porywający. Z jakąż wprawą to żydowskie rodzeństwo operuje kamerą, z jaką mistrzowską precyzją rozpisuje dialogi! Choć potem za dużo ukłonów w stronę pop-kultury jak na snobistyczny nos krallego.

Lepu na szeroką publiczność nie szczędził też autor „Lektora”, opowieści o SS-mańskiej uwodzicielce małoletnich chłopców. Gazety rozpisywały się parę lat temu jak to bohaterowie przed seksem książki sobie czytają. Swoją drogą dziwne zboczenie. Jeśli chodzi o wyciskacze łez, to kralle mógłby tylko takie oglądać, z serią ważnych pytań w tle: o ludzkie oblicze katów, odpowiedzialność za zbrodnie, przepracowanie trudnych doświadczeń z przeszłości.

Jednym słowem pacjent jest uratowany i rokuje na przyszłość. Od wrogiego i nierozpoznanego świata chronią go cyfrowe sny.

Październik 10, 2011 5 komentarzy

kralle na intensywnej terapii

kralle dogorywa. Podłączon do lekarskiej kroplówki leży i ledwo zipie. Leży i ledwo zipie na oddziale intensywnej terapii. I prosi uprzejmych internautów o kliknięcia, komentarze i udostępnienia. Niechby go wyciagły z tej śmiertelnej zapaści, a sposób na litość jest zawsze dobry. Ale w snach swych  koszmarnych kralle widzi ryczące tłumy na stadionie w wyciągniętymi kciukami wycelowanymi w dół !!!

A dobre duchy  latają nad łóżkiem i śpiewają. „kralliku kochany napisz o literaturze chłopskiej, Marian Jak On Sie Tam Nazywa Pilot dostał właśnie nagrodę Nike, będzie jak znalazł”. „kralle nasz mężny, wysmaż komentarz polityczny o tym jak to Jarosław oszukuje zastępy wiernych  obiecując przyszłe zwycięstwa podczas gdy odbiera szóstą przegraną z rzędu”. „Weź się przepoczwarz sprytny drapieżniku na jakis nowy blog np. pod hasłem: Medioholik,  gdzie mógłbyś zamieszczać wszystkie swoje „ale” po lekturze Wyborczej, Newsweeka i Uważam Rze, po audycjach TokEfEmu i toruńskiej rozgłośni, dobry patent nie trzeba wiele.”

A kralle obraca się na bok  i mówi „Dajcie mi spokój, pisać to ja muszę w pracy. Po godzinach odpoczywam. Dajcie umrzeć spokojnie Anioły”.

Czerwiec 10, 2011 Brak komentarza

Kolorowe jarmarki

Na otwarciu święta miasta powiało stęchlizną cepelii i PRl-owskiego festynu. Straszna wiocha ten przemarsz z papierowymi mega-kogutami na Rynek. Muzyka z głośników i spęd dzieci pod dowództwem posłusznych nauczycielek. kralle musi zweryfikować swoją miłość do Jerzego Witkowskiego. Podobno kiedyś Święto Koguta to była super impreza, pełny Rynek i autentyczna zabawa z udziałem najróżniejszych grup – trochę jak przy okazji Orkiestry Świątecznej Pomocy. Witkowski okazał się grabarzem, czegoś co naprawde żyło. Człowiek patrzy na ten pochód z figurami kogutów i dominuje wrażenie sztuczności. Wydumany pomysł na siłę odgrywany przez tych, którym kazali.

Znajomi krallego potrafią przytoczyć całą wyliczankę genialnych pomysłów Naczelnika, z których nic nie wyszło. kralle poznał z bliska komedię „777″. Miała być telewizyjna transmisja i goście z całej Polski. Teraz z imprezy wycofał się organizoator – wrocławska „Jedynka”, wiadomo, że nie przyjedzie Alosza Awdiejew. Wszystko się sypie, więc wkręcono Markockiego który na finiszu ma ratować imprezę. Krążą już złośliwe komentarze, że ponieważ znani goście nie przyjadą to mimowie będą ich naśladować. Podobno zamiast Grzechów Głównych – czyli powszechnie znanych Grzegorzów, w tej ekipie miał się pojawić m.in. Grzegorz Kołodko – będzie pantomima o siedmiu głównych przywarach człowieka.

Owszem, Witkowskiemu udała się książka o Oławie. Ale jeżeli takie atrakcje ma fundować miastu to wdzięczni obywatele powinni mu powiedzieć DZIĘKUJE. Na tyle dobitnie żeby usłyszał to burmistrz i wyciągnął wnioski. A Naczelnikowi z racji niewsytygłego ciągle sentymentu radzę: genialne pomysły niech zostaną w pana genialnej głowie. Lepiej nie katować ludzi ich realizacją a przy okazji się nie osmieszać.

Maj 24, 2011 Brak komentarza

Po wieczorowym kursie krawiectwa

Andrzej Szafulski, zapytany o swoją pracę naukową odpowiada: „Ukończyłem wieczorowy kurs krawiectwa i gotowania”. Zbytek kokieterii. Każde porządnie katechizowane dziecko wie, że proboszcz od Matki Boskiej Pocieszenia jest autorem książki o pierwszym wybitnym oławianinie Świeradzie. Każdy działacz Akcji Katolickiej to powie, że ks. Szafulski wykłada na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, obok niekwestionowanego autorytetu moralno-naukowego ks. prof. Irka. Każdy oławski działacz Prawa i Sprawiedliwości pospieszy na łamach lokalnej prasy z gratulacjami dla księdza doktora z okazji obrony rozprawy habilitacyjnej.

O Szafulskim krążą różne opinie. Nie trudno spotkać maluczkich synów nowoczesnej epoki, zgorszonych jego autorytarną postawą. Kralle przyswoił lekcję konserwatyzmu, więc kapłan, domagający się szacunku z racji swojego autorytetu budzi w nim sympatię. A ponieważ kralin to zwierzę skrzydlate, skore do podniebnych wzlotów, widzi w Szafulskim intrygującą osobowość. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że to oryginalniejsza postać, niż ks. Gorczyca, przy każdej okazji rozdzierający sutannę nad spoganieniem Europy.

O nie, tak proste ścieżki nie pociągają Szafulskiego. On znalazł w historii Kościoła postać księdza Francisco de Vitoria i jemu poświęcił swój badawczy trud. W 2007 ukazała się książka ks. A. Szafulskiego „Francisco de Vitoria, prekursor podstawowych praw człowieka i wspólnoty międzynarodowej”. Jej recenzent, ks. Norbert Jerzak zauważa wprawdzie, że autor nie odniósł się aż do ”dwunastu fundamentalnych opracowań”. Zapewne nawet ich nie przeczytał – przyczyną mogła być banalna bariera językowa – ale co tam. Liczy się pomysł.

Poglądy żyjącego w na przełomie XV i XVI wieku ks. Francisco de Vitorii dalece wyprzedziły jego epokę. Krytykował bezwzględność europejskich zdobywców Ameryki, rozwijał teorię sprawiedliwej wojny, postulował nawet wprowadzenie ogólnośwatowej republiki, dzięki czemu został nazwany twórcą filozofii politycznego globalizmu. Wiele uwagi poświęcił obronie godności Indian, argumentował, że są oni równouprawnionymi obywatelami świata.

I to jest w dechę. Podłożyć lont pod ideologię praw człowieka. Anektować ją dla myśli katolickiej. I rościć sobie prawa do tego, żeby wyznawcy praw człowieka uznali katolicki sposób ich postrzegania. Brawo Szafulski, takiego to mamy kozaka!

Maj 18, 2011 Brak komentarza

Sny syntetyczne

Na umówiony sygnał tłumy zadeptały muzea. Jak dobrze jest be, pędzić wśród owiec. Odpustowe stragany. I tylko kiełbaski, pajdy ze smalcem, jabłeczniki. Najlepszy moment, żeby zaatakować miasto. Agenci obcego wydawnictwa wmieszali się w tłum. Obchodzili Miłosza na własną korzyść, dolewali wodę do mózgów,  ogłupiali Joanną Orską. Efekt zaskoczenia trwał krótko, społeczeństwo się obudziło, zwarło siły. – Który to Święcicki? – pytał dziennikarz portalu studenckiego. A ten co się osunął pod murkiem, wyjął papierosa i się nadyma. Świetnie przygotowany do sesji zdjęciowych dla niskonakładowych fanzinów. Jutro gazety będą o tym krzyczeć „Joanna Orska bryluje na salonach”, „Cezary Witkowski zdjął pantofelki”.  „Błyskotliwa Orska”, „Gołe stopy Witkowskiego”. Jutro okaże się, czy przeszedł murowany kandydat do numeru jeden.

Maj 5, 2011 Brak komentarza

Mission impossible: odbrązowić papieża

Się pojawili ambitni zapaleńcy, którzy w odpowiedzi na beatyfikację wzięli się za dekonstrukcję mitu Jana Pawła. Przedsięwzięcie to,  realizowane w rytmie wyznaczonym przez tygodniki opinii, musiało się zakończyć spektakularnym fiaskiem. Mam tu na myśli artykuł Tomasza Stawiszyńskiego „Zdanie odrębne” z „Newsweeka” z 1. maja ’11. Ja rozumiem taką krytykę jak książka Tadeusza Bartosia „Jan Paweł II. Analiza krytyczna”. To głos insidera, który wie o czym pisze. W dodatku po burzliwym rozstaniu z Matką Kościołem, więc tajemnice, które pozyskał, może wykorzystać do słodkiej vendetty.

Ale wypociny publicysty Stawiszyńskiego? Chłopak w gorzkiej retrospekcji przywołuje dziecięce uwiedzenie przez watykańską Gwiazdę i przykrą świadomość dorosłości, że król jest nagi. I na czym miałaby polegać ta mizeria Wojtyły? Ano na tym, że jego publiczne wystąpienia opierały się na wystudiowanym aktorstwie, które przysłaniało kostyczny autorytaryzm i że on, szef instytucji wyspecjalizowanej, jak powszechnie wiadomo, w praktykowaniu pedofilii, ośmiela się zabraniać używania prezerwatyw zgnębionym Afrykańczykom.

Aha. Ani słowa o problemie teologii zbawienia i zduszeniu tego autentycznego ruchu przez Watykan. Bez wzmianki o konflikcie z niemieckim kościołem na tle dopuszczanie rozwiedzionych do komunii. Bez skutku doszukiwać się tu zarzutu, że papież sprawdzał się w roli gwiazdy przyciągającej miliony, ale zaniedbał kwestie organizacyjne Kościoła. O wypomnieniu modlitwy z animistami podczas ekumenicznego spotkania w Asyżu trzeba zapomnieć – w końcu to „Newsweek”. Jakieś śmieszne zbywanie papieskiej krytyki współczesnego świata („cywilizacji śmierci”) stwierdzeniem, że ta terminologia służyła wykluczeniu nieprawowiernie myślących.

No dobrze, ja rozumiem, że Tomek Stawiszyński odpowiedzialny był za wyrażenie odrębnego zdania w bloku tematów przed majowym wydarzeniem w Watykanie, ale, na miły Bóg, czemu zrobił to tak słabo? Że niby ten showman z masowych spotkań był skrajnie autorytarny? Ja widzę w tym umiejętność pogodzenia postawy otwarcia na każdego człowieka z wewnętrzna dyscypliną ascetyczna i wiernością wobec ortodoksji. Że nie aprobował rozdawania kondomów w dziesiątkowanej epidemią AIDS Afryce? Niestety, moralna nauka Kościoła nie podlega relatywizacji historycznej czy kulturowej. A jeśli katolik decyduje się na pozamałżeńskie współżycie to czy tak bardzo będzie go dręczyć fakt, że nie stosuje się do zakazu używania prezerwatyw?

kralle nie może się nadziwić, że Stawiszyński nie zająknął się o wpływie papieża na Polaków w momencie przełomowym: latach 80-ych. Kiedy zaraz po ciosie stanu wojennego w ’83 wzmacniał społeczne morale i w ’87, gdy Duch, zaklęty aktorskim tembrem górala z Wadowic, wiał mocno, wprawiając struktury PRL w potężne rozchwianie. kralle nie zapomni też niesamowitej nauki papieskiej z ’91, kiedy byliśmy zachłyśnięci odzyskaną wolnością, a on stawiał nam przed oczami dekalog.

Dla Stawiszyńskiego wpływ Wojtyły na polskie społeczeństwo przez pielgrzymki jest nieobecny. A oddziaływanie światowych dni młodzieży? To tez było pozbawione znaczenia showmeństwo? Takiej interpretacji przeczą zwykłe prawa socjologii. Ile osobistych biografii stoi za tymi masowymi wydarzeniami? Ilu młodych ludzi dokonywało wówczas życiowych wyborów dla Chrystusa? Publicysta „Newsweeka” odmawia również znaczenia papieskim encyklikom, jakby stwierdzenie z „Laborem exercens”, że praca ma służyć osobistemu rozwojowi człowieka nie zachowało aktualności w bezwzględnym, korporacyjnym świecie. No cóż, Stawiszyński nie okazał się żadnym Tomem Cruisem, podejmując misję nie do spełnienia.

Kwiecień 26, 2011 Brak komentarza

Rzecz o święconych jajach

krallemu śniło się, że miał udane święta. Obudził się zadowolony, rozejrzał dookoła i odniósł wrażenie, że jest gościem, a nie więźniem cyberstudni.

W tym to ło niefrasobliwym nastroju postanowił dołączyć do poprzedniego wpisu jeszcze jedno wyznanie wiary. Pochodzące tym razem od Szymona Pietruszki:

Nie wiem, czy Bóg umarł, czy zmartwychwstał, czy to wszystko prawda, ale święcone jajka mają inny smak od nie święconych. I nikt mi nie powie, że mi się tylko tak zdaje. Na co dzień mogę wcale jajek nie jeść, a święconych zjem dziesięć na raz i nie zatka mnie. Anie chleba mi nie trzeba, trochę soli wystarczy, ma się rozumieć, też święconej. A najlepiej z chrzanem, a chrzan powinien być nie tylko święcony, ale mocny, żeby nosem bił.

Kwiecień 22, 2011 1 komentarz

Credo

Na ścianach cyberstudni kralle zauważył wpis. A więc był tu ktoś przed nim i zostawił po sobie żarliwe wyznanie wiary! Co stało się z nieznajomym, jak dalej potoczyły się jego losy? krallemu tak bardzo przypadły do gustu te słowa, że postanowił przepisać je w całości:

Stara historia. Z czasów panowania Imperium, kiedy krzyże były tylko jednym ze znaków okrucieństwa Cezara. Stara historia. O Bogu, który w łonie kobiety utkał swój obraz. Jedyna nowość. Wobec której milknie zgiełk chełpliwej nowoczesności.

 Jestem dumny z naszej religii. Boga, który w człowieku z Nazaretu wszczepił w siebie całą ludzkość. Upada, aby spełnić nieziszczalne marzenie człowieka o doskonałości. Dumny z Boga, który na Sąd przychodzi w łachmanach. I proste pytania rozstrzygają o twoim losie. Dałeś mi pić? Odwiedziłeś mnie w więzieniu?

 Z tych wszystkich szaleńców, co na ulicach miast opatrywali umierających, brali w ramiona ofiary nalotu, przebaczali płatnemu zabójcy, który chybił tylko o kilka centymetrów. W ich pochylonych sylwetkach odbija się Jego blask.

 Dumny z niewyobrażalnego skandalu. Krzyku Jezusa ‘Czemuś mnie opuścił’?

 Nasz Bóg jest nagi. Krwawi i umiera. ‘Przyszedłem ogień rzucić na ziemię. Nie przyniosłem pokoju, ale miecz’.

Kwiecień 18, 2011 Brak komentarza

Pach z dubeltówki!

Rozpamiętywanie miłych wydarzeń z przeszłości jest podobno cechą ludzi nieszczęśliwych, że niby tak tylko pocieszyć się umieją. Bezpieczna przeszłość – niezawodna przystań. A czemu tacy nieszczęśliwi? Bo rozpamiętują też doznane boleści, normalnie nałóg jakiś, niczego więcej prócz tej trucizny. Szczęście natomiast jest energią teraźniejszości. I strzelbą wycelowaną na podbój jutra.

kralle ma dość przykładania do Oławy szablonu miejsca, w którym zatrzymał się czas. Przeczą temu fajne kluby odnowy biologicznej i firmy fotograficzne fajne. Tam tętni życie. Fjuczur is nał.

Nawet gazeta fajna jest w Oławie. Bynajmniej nie chodzi tu o Echo Miasta czy Przegląd Oławskiego Powiatu. I wyszedł wpis głębią podobny do przemyśleń Paolo Coelho w emocjonalnym kolorycie rozanielonej małolaty.

Kwiecień 12, 2011 Brak komentarza

Totentanz

Klip Katarzyny Gondek p.t. „Miasteczko” do wiersza „Bystrzyca Kłodzka” Tadeusza Różewicza wygrał konkurs na najlepszy teledysk ilustrujący poezje Różewicza, organizowany przez Biuro Literackie w ramach festiwalu poetyckiego Port Literacki.

Kiedy kralle oglądał ten film myślał o Oławie. Ten sam klimat, czas płynący ospale, wyraźniej odciskający swoje piętno. Odrapane domy, stare witryny zakładów fryzjerskich, poniemiecka ciesielka na peronie dworcowym. I bohaterowie klipu – zegarmistrz, hodowca kóz, cyganie. Niewystylizowani, prawdziwi, przez to potęgujący efekt.

Oławski zespól Zebra odebrał wyróżnienie za muzykę do klipu „Totentanz – wiersz barokowy”. Zdzichu stawia. Już dziś-dziś-dziś-dziś-dziś.