Kawa osobista (4)

Wcześniej napisałem o moich gorączkowych poszukiwaniach kawy tam, gdzie zwykle jej nie ma. Warto jednak wiedzieć, że tam, gdzie jest jej dużo, może być tak paskudna, że aby się napić, też trzeba poszukać, aby w ogóle dało się to przełknąć. Tam miałem w zeszłym roku w USA, gdzie generalnie lura, lura i lura. Całymi wielkimi papierowymi kubłami – ale lura, najczęściej z przelewowych ekspresów, czyli żadnych. Ale oni to piją. I to w wielkich ilościach. Ja jednak nie dałem rady. Gdy więc moja żona uczestniczyła w konferencji na University of Southern California, ja ruszyłem na podbój Los Angeles w poszukiwaniu kawy. Nie uwierzycie – zajęło mi to jakieś 8 km i parę godzin, zanim znalazłem pierwszą knajpkę, i to włoską, gdzie dawali zwykłą, czyli prawdziwą kawę. Za to z takim widokiem:

To był Pershing Square

Oczywiście poza wielkimi miastami często bywa smaczniej. Jest takie miejsce, gdzie kawa i herbata moim zdaniem smakują równie wybornie. To właśnie to miejsce za naszymi plecami.

Chodzi o to miasteczko w tle

To Sete Cidades na portugalskiej wyspie wulkanicznej São Miguel na Atlantyku. Wyspa znana jest z wielorybnictwa – to ostatnie miejsce w Europie, gdzie formalnie dopiero w 1984 roku zakazano połowów na te olbrzymy. Był tu onegdaj Krzysztof Kolumb.
Swego czasu jedno z polskich biur podróży organizowało wyjazdy na São Miguel – pod nazwą „Herbatka pod wulkanem”. My mieliśmy kawę i to nie pod, ale w… wulkanie. Sete Cidades bowiem to mała osada zbudowana na dnie krateru o średnicy ok. 5 km (jego ściany wysokie na ok. 400 m). Osada położona jest między dwoma jeziorami, rozdzielonymi wąską groblą, ale wiedzie nią droga dla samochodów.
Jeziora mają zupełnie inny kolor. Większe jest niebieskie, mniejsze – zielone. Według legendy powstały one z łez księżniczki i pasterza, nieszczęśliwie w sobie zakochanych. Faktycznie Lagoa Azul i Lagoa Verde to jedno jezioro, tylko dwie jego części inaczej odbijają światło słoneczne, stąd wrażenie różnych kolorów.
No, w każdym razie kawa, jaka by nie była (a była z ekspresu, czyli tak, jak ma być) w takim miejscu, choć kawiarni nie ma, jeno coś na kształt zwykłego baru, musi smakować rewelacyjnie. I smakowała – ze świadomością, że nieco niżej, pod nami, wciąż drzemie gorąca lawa i buchają opary, od czasu do czasu znajdujące na wyspie ujście, wykorzystywane przez mieszkańców np. do ugotowania sobie lokalnej potrawy.

Cozido – bo o tę potrawę chodzi, to specjalne połączenie różnych gatunków mięs z dodatkiem warzyw. Składniki wkłada się do garnka, ten owija się tkaniną, a całość jest opuszczana na linach do dziur w wulkanicznej ziemi. Po trzech godzinach darmowego gotowania – gotowe. Do tego może być oczywiście kawa – przynajmniej dla mnie


cdn.

Napisane przez:

Zostaw komentarz

XHTML: Możesz użyc następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Strony

Szukaj

Nieco o stronie

Umieszczam tu zapiski redaktora naczelnego tygodnika powiatowego - na różne tematy, często związane z gazetą, ale niekoniecznie