I po operze. Był duch, była prapremiera, było wydarzenie. Cudowne głosy, piękne stroje, tańce, klasyczna muzyka. Wprawdzie niejaki „kralle” przypisuje wystawienie opery panu JW, ale on („kralle”) chyba nietutejszy, więc bzdury gada, po które nie jest warto się schylać.

Opera po oławsku to bez wątpienia idea Marka Rosteckiego, przez niego w takiej postaci wymyślona i doprowadzona do końca, oczywiście dzięki artystom z wrocławskiej Akademii Muzycznej (zapominam o wybujałych i nierealnych pomysłach Roberto Skolmowskiego, bo to historia). Nie jestem zwolennikiem opery w ogóle, a już w szczególności opery barokowej, ale to wydarzenie z pewnością przejdzie do historii Oławy i takim trzeba go widzieć. To nic, że parę razy przyszło mi wstydzić się za moje miasto.
Pierwszy raz, gdy dotarło do mnie, jak wąska jest elita miasta, gotowa przyjść i zobaczyć. W pierwszym dniu, gdy byli goście i miejscowe VIP-y, naliczyłem nie więcej niż 300 widzów. Dzień później (z relacji Piotra Regieca) było ich nie więcej niż stu. I to wszystko na 70-tysięczny powiat. Wiem, że opera, że trudna, że może nudna, że właśnie Mundial ruszał, że za gorąco i że komary. Ale, do licha, gdzie jest nasza oławsko-powiatowa elita, bez której takie wydarzenie nie powinno mieć miejsca?! No gdzie?! Pomijając tych, którzy musieli tam być, elita skurczona została do garstki najwytrwalszych. A gdzie ci, którzy powinni ją tworzyć? Nauczyciele, lekarze, urzędnicy, prawnicy, szefowie firm itp.?
Drugi raz wstydziłem się po przedstawieniu, gdy owacjom nie towarzyszyły kwiaty. Jakoś nikt z władz miejskich czy organizatorów nie pomyślał, by w ten sposób symbolicznie podziekować artystom za wysiłek, jak to jest w operowym czy teatralnym zwyczaju. Szkoda. Dużo lepiej wszystko wyglądałoby, gdyby po owacjach na scenę wszedł np. burmistrz, wniesiono kosz kwiatów i padło słowa wdzięczności, ewentualnie jakiegoś zachwytu, o ile był.
Kolejny raz wstydziłem się za niektórych widzów, którzy najwyraźniej nie nabyli jeszcze operowo-teatralnej ogłady, więc zachowywali się jak w kinie – jeszcze chwilę, a wyciągnęliby popcorn.
Nic to. Chodzi o to, w tym przypadku chodzi o to, aby minusy nie przesłoniły plusów, bo oczywiście wystawienie opery uważam za znaczące, historyczne i ważne. I trzeba takie wydarzenia przygotowywać. To również poprzez takie przedstawienie być może wychowamy sobie modę na zdrowy snobizm, dzięki któremu wkrótce znajdzie się u nas widownia, zdolna zapełnić wszystkie miejsca w sali, planowanej przy ul. Młyńskiej. Na dodatek świadomie, ze znajomością dzieła, a przynajmniej z chęcią poznania. Na pewno zaś bez popcornu.



Komentarze: 2 do “Elita – wąska, ale konieczna”
Zostaw komentarz