Historia i literatura

2012-01-29 15:16:56

Na sygnale z bibułą

Dolnośląska "Solidarność" wyróżniła odznaczeniem "Niezłomny" bohaterów stanu wojennego: konspiratorów, drukarzy, kolporterów. Wśród nich - dwóch działaczy, związanych z powiatem oławskim - Ryszarda Ściborskiego oraz Jana Jurijkowa. Dziś prezentujemy sylwetkę pierwszego z nich
Na sygnale z bibułą

Ryszard Ściborski, założyciel "Solidarności" na wrocławskiej Akademii Medycznej, odebrał odznaczenie "Niezłomni"

Powiat 

Solidarnościowa karta ordynatora

Ordynator oddziału wewnętrznego oławskiego szpitala Ryszard Ściborski był zaskoczony propozycją rozmowy o jego opozycyjnej działalności. - Skąd dowiedzieliście się o tym wyróżnieniu? - pytał przez telefon. Wyznaczył spotkanie w swoim gabinecie niechętnie, przymuszony patriotycznym tonem, że tego teraz oczekuje od niego ojczyzna. W jego relacji nie było żadnego kombatanckiego nadęcia, nie miał czasu na rozwlekłe wspominki. W końcu ojczyźnie przysłużył się, jak umiał, a na oddziale czekają pacjenci...

Kanister spod lady

  W 1980 roku Ściborski pracował na wrocławskiej Akademii Medycznej, jako młodszy asystent. Zaledwie dwa laty wcześniej ukończył studia, ożenił się, urodziło mu się dziecko. Koledzy, docenci i profesorowie namawiali go do wstąpienia do partii. Obiecywali pomoc w karierze i załatwieniu mieszkania. Nie skorzystał. Za to kiedy kraj ogarnęła fala strajków, nie wahał się stworzyć na uczelni komitetu założycielskiego "Solidarności".

- Związek nie był jeszcze zarejestrowany - wspomina. - Nie było wytycznych, łączności, nikt nie wiedział, jak działać. Pamiętam, jak wybraliśmy się z czwórką kolegów do Gdańska, do Wałęsy. Na CPN-ach brakowało benzyny, ale gdy mówiliśmy, do kogo i w jakiej sprawie jedziemy, zawsze znalazł się dla nas jakiś kanister.

W grudniowych wyborach na Akademii powierzono mu dwie funkcje. Został wiceprzewodniczącym uczelnianego związku i szefem komisji propagandy. Zakładał komórki "Solidarności" w poszczególnych klinikach. Pierwszy sukces: do związku zapisało się ok. 80% personelu. Skostniałą uczelnianą strukturę przekształcili w prężny, solidarnościowy ośrodek.  

 

Poród w asyście milicji

O stanie wojennym zwykło się opowiadać za pomocą utartych haseł i obrazów. Niedziela bez teleranka, czołgi na ulicach i żołnierze, grzejący się przy koksownikach. W pamięci Ściborskiego grudzień 1981 wiąże się z niecodziennym zdarzeniem z jego praktyki lekarskiej. Pracował wtedy w pogotowiu. Jego rejonem były okolice Sobótki. Dwa dni po wprowadzeniu stanu wojennego przewozili z Maniowa kobietę do porodu, do szpitala na plac 1 Maja. To był ciężki przypadek, kobieta zaczęła rodzić w karetce. Na ulicy Świdnickiej Ściborski polecił zatrzymać auto i zaczął odbierać poród. Natychmiast wokół nich pojawiło się kilka milicyjnych nysek. Każde zdarzenie na opustoszałych ulicach miasta dla MO wydawało się podejrzane.

Podziemie umiało wykorzystać fakt, że ich człowiek pracuje w pogotowiu. Z benzyną wciąż było nie łatwo, a na początku stanu wojennego ruch samochodowy prawie zamarł. Dlatego wkrótce karetka Ściborskiego służyła do transportu bibuły. Wzywano go, aby leczył ukrywających się działaczy "Solidarności", a przed większymi manifestacjami dostarczał benzynę, nieodzowną broń w starciach z ZOMO.

Nie dał się złapać

Kolportaż podziemnej prasy stanowił główne zadanie Ściborskiego. Pierwszy numer pisma "Z dnia na dzień" wyszedł jeszcze przed Bożym Narodzeniem `81. Był dowodem na to, że mimo komunistycznych represji, "Solidarność" się nie poddaje. Podobnie jak audycje związkowego radia. Drugi obieg miał podtrzymywać wiarę w prawo do wolności, lojalność wobec związku, być odtrutką na komunistyczną propagandę. Rozprowadzali coraz więcej książek, ale także znaczki propagandowe i kartki świąteczne. Wspierali rodziny internowanych i współpracowali z Kościołem w pracy charytatywnej.  

Ściborski był wzywany parę razy do rektoratu na rozmowy. Mówiono, że władze uczelni domyślają się, że ma powiązania z "Solidarnością", przestrzegano przed opozycyjną działalnością. Jednak bezpieka nigdy go nie zatrzymała. Tylko dwukrotnie przeszukano jego mieszkanie - bezskutecznie. Był bardzo ostrożny, albo miał szczęście. Trudno inaczej to oceniać, jeśli najdotkliwszą represją, jaką go dotknęła, był zakaz uczestnictwa w wymianie naukowej z uczelnią w Dreźnie.

W opozycji do polityki

W drugiej połowie lat 80. nastroje społeczne załamały się. Coraz trudniej było wciągnąć ludzi do działalności. Coraz mniej osób wierzyło w zwycięstwo. Zwykłe sprawy, jak zapewnienie bytu rodzinie, przesłaniały wzniosłe idee. Wielu kolegów Ściborskiego opuściło Polskę. On sam każdy urlop spędzał na pracy zarobkowej na Zachodzie. Działalność opozycyjna ograniczyła się do rozprowadzania "nieprawomyślnych" książek.

Po przełomie 1989 Ryszard Ściborski został wybrany do komisji uczelnianej odrodzonej "Solidarności". Kiedy zaczęły się ambicjonalne rozgrywki między działaczami, wycofał się. Polityka sprowadzona do walki o wpływy, pozbawiona misji, jaką miała pierwsza "Solidarność" - to nie był jego żywioł.

Nie spodziewał się, że po latach zostanie odznaczony. Komu zależało na orderach, już je otrzymał. A ich ranga nie zawsze odpowiadała rzeczywistemu zaangażowaniu. O gali w Operze Wrocławskiej, 5 grudnia ubiegłego roku, kiedy profesor Andrzej Wiszniewski wręczał mu odznaczenie "Niezłomny" i dyplom, nie wspomina. Za to poleca film "80 milionów". Choć komercyjny, to wiernie odtwarza realia tamtych czasów. A przede wszystkim pokazuje ducha walki. Tak, że nawet niezłomnym może zakręcić się w oku łezka. 

Xawery Piśniak

xpisniak@gazeta.olawa.pl
 

Ocena 2.29/5 (45.71%) (7 głosów)

Komentarze


Informujemy, że komentarze są własnością ich twórców. Redakcja zastrzega sobie prawo do ingerowania lub całkowitego ich usuwania jeżeli nie będą zgodne z tematem artykułu, zasadami współżycia społecznego, a także wówczas, gdy będą naruszały normy prawne i obyczajowe.
  1. oławski pacjent

    No proszę, kiedyś Ściborski był porządnym człowiekiem a teraz "obrósł w tłuszcz" i tylko kasa się liczy a ludzi ma za głupków.


Dodaj komentarz:


* - pola obowiązkowe